środa, 25 września 2013

Rozdział 22 "Należało mi się"

[Robert]

 Wszystko się skończyło. Tylko tak to mogę opisać. W jednej chwili straciłem przyjaciela i żonę, i nawet nie wiem, czego żałuję bardziej. Razem z Mario przesiedzieliśmy całą noc przy butelkach różnych alkoholi. Chociaż w sumie, bardziej to ja piłem i z każdym kolejnym łykiem byłem bardziej skory do zwierzeń, a brunet cierpliwie mnie wysłuchiwał i się przyglądał. Teraz jest 6:30, Mario jeszcze śpi, a ja nie zmrużyłem oka przez cały ten czas.
 Nie wyobrażam sobie, żebym miał iść na trening w takim stanie. Po pierwsze, emocje są jeszcze za świeże i mógłbym zrobić coś temu idiocie. Po drugie, głowa mi pęka, jestem zmęczony i zastanawiam się, czy jeszcze pijany, czy już nie.
 Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nawet nie mogę powiedzieć, że to niesprawiedliwe, czy coś. Ja zachowywałem się jeszcze gorzej. Ale z drugiej strony, ja nie zdradzałem Anki z Agatą, Anią, Ewą czy inną jej przyjaciółką. Takich rzeczy się po prostu kurwa nie robi!
 Nie wiem, jak długo już tak siedziałem, ale nagle zrobiła się 8:30, budzik Gotzego zadzwonił, a sam piłkarz jęcząc i trzymając się za głowę, powoli podnosił się z kanapy.
 -Lewy nie mów mi, że całą noc nie spałeś- zaczął.
 -A jak myślisz?- spytałem ironicznie.
 -Jak ty w takim stanie chcesz iść na trening?
 -Chyba sobie dzisiaj odpuszczę- mruknąłem i walnąłem się na kanapę, na miejsce, w którym jeszcze przed chwilą spał Gotze.
 -Nie możesz olewać treningów...
 -Co mi zrobi różnicę jeden trening?!- warknąłem poirytowany.
 -Dobra, dobra ja nic nie mówię- uniósł ręce w geście poddania się.- Zastanawiam się, czy mogę cię tu samego zostawić-  mruknął.
 -Nie martw się, nic sobie nie zrobię jeśli o to ci chodzi. Nie potnę się łyżką. Ewentualnie mogę opróżnić zawartość twojego barku. No i lodówki, bo może zgłodnieję- odparłem.
 Mój przyjaciel tylko westchnął i poszedł do swojej sypialni się przebrać. Wtuliłem głowę w poduszkę i ze zdziwieniem doszedłem do wniosku, że jestem naprawdę zmęczony. Słyszałem już tylko trzaśnięcie drzwi, oznaczające, że Gotze wyszedł i dosłownie odpłynąłem.
 Obudził mnie dzwonek mojego telefonu. Przez chwilę chaotycznie miotałem się po pokoju w celu znalezienia urządzenia, ale w końcu, znalazłem go pod poduszką. Swoją drogą, ciekawe jak się tam znalazł, jeśli tam spał Mario?
 -Halo- odebrałem.
 -Robercik?- tak, oczywiście, to musiała być moja mama. Akurat wtedy, kiedy nie miałem ochoty z nią rozmawiać. Cały czas byłem na nią zły o to szpiegowanie mnie w zmowie z Anią.
 -Ty wiedziałaś?- spytałem prosto z mostu.
 -O czym?- zapytała zdziwiona moim agresywnym tonem.
 -O tym, że się Anka sypia z Marco- warknąłem. Powoli puszczały mi już nerwy,a nie chciałem, żeby moja mama była tą osobą, ,a której wyładuję stres.
 -Co!? Ania!? Jak to z Marco!?- zasypywała mnie pytaniami. Była zaskoczona, z resztą ja też tak zareagowałem, kiedy się dowiedziałem.
 -Normalnie... Widocznie nasze małżeństwo nic dla niej nie znaczyło- westchnąłem.
 -A dla ciebie znaczyło?- naskoczyła na mnie. Nie spodziewałem się tego. Myślałem, że będzie trzymać moją stronę. Że będzie się nade mną rozczulać, jaki to ja biedny. Ale moja mamuśka nie raz potrafiła zaskoczyć.
 -Mamo... Pewnie, że znaczyło. Dalej znaczy. Ale ona powiedziała, że go kocha i chce z nim być. W ogóle, zapomniałem jeszcze dodać, że jest z nim w ciąży- powiedziałem cicho. Pierwsza część zdania może nie do końca była zgodna z prawda, ale...
 -A co z Julką? Z kim będzie mieszkać?
 -Wiesz... Nie mam pojęcia. Najbardziej na świecie chciałbym, żeby została ze mną i nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Ale wiesz, jakie są sądy. Zawsze wezmą stronę matki- zamilkłem na chwilę, żeby po chwili dodać prawie płaczliwym tonem.- Wiesz, czego ja się najbardziej boję? Że ona zacznie traktować Reusa jak ojca, a o mnie zapomni. Że to do niego będzie mówić "tato", a ja będę jakimś tam wujkiem- pod koniec zdania załamał mi się głos. Przez moment nie mogłem wydusić słowa, bo łzy napływały mi do oczu i czułem ucisk w gardle.
 -Synuś... Jesteś jej ojcem. Niezależnie od tego, z kim będzie mieszkać, zawsze nim będziesz. Ania pomimo wszystko jest mądrą dziewczyną i na pewno będzie ci pozwalała się z nią widywać tak często jak będziesz chciał.
 -Ty też jesteś po jej stronie!?
 -Nie jestem po jej stronie!
 -I tak będę o nią walczył- mruknąłem.
 -Dobrze synku. Walcz, walcz, tylko zastanowiłeś się nad tym, co z nią zrobisz, jak pójdziesz na przykład na trening? Nawet jak wynajmiesz opiekunkę, to chyba lepiej, żeby wtedy była z matką.
 -Nie wierzę. Nawet ty chcesz mi ją zabrać! Wiesz, myślałem, że mnie zrozumiesz- rozłączyłem się i opadłem z powrotem na kanapę, ukrywając twarz w dłoniach.
 Czyli nawet moja własna matka jest przeciwko mnie? Dobrze. Ale ja tę wojnę wygram i pokażę im wszystkim, że będę mógł się nią zająć! A jeśli będzie naprawdę ciężko to... Zrezygnuję z piłki. Każdy ojciec zrobiłby to dla swojego dziecka. Tak przynajmniej uważam... Wzorowym mężem nigdy nie byłem, ale do mnie jako ojca, nikt nie mógł się przyczepić.
 -Lewusiu, żyjesz?- zapytał Mario, który właśnie wszedł do domu.
 -Już ci się skończył trening? Która godzina?- spytałem zdezorientowany.
 -No piętnasta... Zdążyłem nawet jeszcze skoczyć do sklepu...
 -Kupiłeś alkohol?- zapytałem z nadzieją.
 -Lewy.... Musisz się ogarnąć. Rozpad małżeństwa to nie koniec świata- pocieszał mnie i złapał za ramiona.
 -Ale ja się nie chcę ogarniać! A w ogóle to jestem głodny- stwierdziłem. Tala dobrze kiedyś powiedziała, że mam gorsze humory niż kobieta w ciąży.
 -Dobra zrobię coś do jedzenia... Tak Lewy, wiem, że nie umiesz gotować- uśmiechnął się do mnie. Wziął ze sobą torby i postawił na kuchennym blacie. Poszedłem za nim i usiadłem na krześle.
 -Mogę coś pokroić- zaproponowałem.
 -Nie wiem czemu, ale nie za bardzo mam ochotę dać ci do ręki nóż...- odparł.
 -Czy ty mi nie ufasz?- zapytałem z urazą. Piłkarz tylko się zaśmiał i zabrał za krojenie. Postanowiłem w ciszy przypatrywać się jego poczynaniom.
 -Robert nie patrz się tak na mnie bo mnie rozpraszasz- jęknął. Spojrzałem na niego zdziwiony.- Krępuję się przed tobą, nie mogę w pełni pokazać swoich kulinarnych umiejętności- wyjaśnił, a potem parsknął śmiechem.- Może idź się przewietrzyć, czy coś? Uspokoisz się, bo widzę, że cały czas jesteś wkurwiony- powiedział już poważniej.
 -Ja, wkurwiony?- myślałem, że dobrze to ukrywam, ale cóż.
 -Po pierwsze, patrzysz tak jakoś dziwnie, po drugie stukasz nogą, po trzecie... Idź już, bo się prawie przez ciebie pociąłem!
 Westchnąłem. Wstałem z kuchennego krzesła i ruszyłem w stronę wyjścia. Ubrałem kurtkę i założyłem na głowę czapkę, która nie dawała w sumie ciepła, ale fajnie w niej wyglądałem.
 Niestety nie przewidziałem tego, co może mnie spotkać na ulicy. Przez chwilę miałem spokój, szedłem sobie spokojnie nie zwracając większej uwagi przechodzących obok ludzi, aż nagle... Zbiegli się nie wiadomo skąd. Pieprzeni dziennikarze. W ogóle, skąd wiedzieli, że tu jestem!?
 -Czy to prawda, że żona zdradziła pana z najlepszym przyjacielem?
 -Czy wybaczy pan Reusowi?
 -Ma pan pewność, że pana córka jest naprawdę pana córką?
 Ten ostatni przegiął. Te ich domysły szły za daleko. Nie wytrzymałem i... No przywaliłem mu. Już teraz widziałem, że na jego twarzy zostanie siniak. Nie czułem się z tego powodu usatysfakcjonowany, ale na pewno mi ulżyło. Błysk fleszy się nasilił. Już widzę tą sensację.
 Teraz wiedziałem, że mi już nie odpuszczą. Jedynym sposobem, było wrócić do domu... Ale skąd mam pewność, że i tam nie wejdą? Zacząłem sobie spokojnie zmierzać w stronę apartamentowca Gotzego. Zdezorientowani szli za mną, cały czas zadając pytania, których już nie słuchałem. Kiedy byłem już prawie przy drzwiach, zacząłem biec i szybko wystukałem kod na domofonie. Otworzyłem i zatrzasnąłem za sobą. Oparłem się o szybę i spojrzałem w górę. Musiałem trochę odetchnąć. Nie, żebym się zmęczył krótkim biegiem, ale... Cały czas bolała mnie głowa.
 Nie chciało mi się jeszcze wracać do Mario. Usiadłem na schodach i patrzyłem w ścianę. Nawet myśleć mi się nie chciało. To wszystko sprawiało mi zbyt wielki ból. Kiedy sam zdradzałem Anię, myślałem, że jak się kogoś kocha, to to nie ma takiego znaczenia. Oczywiście wiedziałem, że to złe, ale zawsze myślałem, że wybaczenie komuś zdrady jest łatwiejsze.
 Rozmyślania przerwał mi dźwięk mojego telefonu. Wojtek. No gorzej być nie mogło.
 -Halo- odebrałem niemrawo.
 -Hej Lewson! Co ty taki przymulony siedzisz?- Wojtek jak zwykle pełen energii zaczął rozmowę od bezsensownych pytań.
 -A z jakich powodów miałbym się cieszyć?- odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
 -No... Nie wiem... Ale mam dobrą wiadomość!- cieszył mi się do słuchawki.- Chciałem cię z Anią zaprosić, żeby wam o tym powiedzieć, ale nie mogłem wytrzymać!- oczyma wyobraźni widziałem, jak podskakuje jak małe dziecko, ale dalej nie wiedziałem, z jakiego powodu.- Oświadczyłem się w końcu Sandrze! A ona się zgodziła!- powiedział w końcu, a raczej wykrzyczał i czekał na moją reakcję.
 -To dobrze, cieszę się- odparłem i lekko się uśmiechnąłem, chociaż Wojtek nie mógł tego zobaczyć. Naprawdę, chciałbym się cieszyć jego szczęściem, ale nie potrafiłem. Ta wiadomość jeszcze bardziej mnie dobiła. Aha, czyli nie dość, że mąż ze mnie żaden, to jeszcze jestem przyjacielem do dupy!
 -Ee?- spytał zawiedziony.- Tylko tyle?
 -Wojtek, przepraszam, ale teraz naprawdę nie mam nastroju. Mam masę problemów i...- nie dane mi było dokończyć, bo Szczęsny oczywiście musiał się wyrwać w odpowiedzią.
 -To przyjedźcie do nas z Anią! Odpoczniesz od problemów i przy okazji będziemy świętować!- znowu się cieszył. Nigdy nie miałem pojęcia, skąd w nim jest tyle radości i chęci do życia.
 -Nie przyjadę z Anią!- warknąłem. Sam się tego po sobie nie spodziewałem, w myślach przygotowywałem inną odpowiedź.
 -Ale dlaczego?
 -Bo nie jesteśmy już razem kurwa!- krzyknąłem. Odetchnąłem głęboko, żeby się uspokoić.- Przepraszam, nie powinienem wybuchać, ale już sobie nie daję rady z tym wszystkim- jęknąłem. W gardle czułem wielką gulę.
 -Jak... Ale... Co... Czemu...- pytał ściszonym głosem.- Nie mów, że się dowiedziała o tym, że ją zdradzasz!
 -Wiedziała o wszystkim od początku! I sama też mnie zdradzała... Z Reusem!
 -CO!? Mam nadzieję, że porządnie obiłeś mu tą blond łepetynę- prychnął.
 -Jeszcze się z nim nie widziałem. O tym wszystkim od Ani dowiedziałem się wczoraj, dzisiaj nie poszedłem na trening bo za dużo wypiłem... Spotkam się z nim jutro i spróbuję... Porozmawiać- burknąłem.
 -Porozmawiać? Haha, już to widzę, ty i rozmowa-parsknął śmiechem.
 -Mówiłem: spróbuję- zaśmiałem się.
 -Gdzie ty teraz mieszkasz?- spytał.
 -U Gotzego.
 -O Matko. Na pewno był z nim w zmowie- stwierdził.
 -Mario taki nie jest..- zaprzeczyłem.
 -Jakby co, zawsze możesz przyjechać do mnie- zaproponował.
 -Wiesz, chciałbym, ale mamy przygotowania do Ligi Mistrzów... I jeszcze Natalia jest w szpitalu- westchnąłem, a Wojtek milczał. No tak, on nawet chyba nie wie, kto to jest Natalia.
 -Ta z Gotzego Facebooka?- nie zajarzyłem za bardzo o co chodzi.- Co sobie z nią zdjęcia robiliście w autokarze- dodał zniecierpliwiony.
 -No, ta.
 -Masz coś do niej?- zapytał, a ja już widziałem ten wymowny uśmieszek na jego twarzy.
 Zastanawiałem się, czy szczerze odpowiedzieć na jego pytanie, czy po prostu go zbyć.
 -To nie jest rozmowa na telefon- odparłem.
 -A na skajpaja?- wybuchnął śmiechem.
 -Też nie... Jak przyjadę, to pogadamy.
 -Możesz przyjechać z nią, jakby co- znowu zaczął się śmiać i się rozłączył.
 I znowu ta magiczna moc Wojciecha Szczęsnego. Nawet, kiedy miałem podły humor, on potrafił go poprawić przez samą rozmowę.
 Powoli wszedłem po schodach i otworzyłem drzwi domu mojego przyjaciela, który nawet nie raczył ich zamknąć. No a jakby mu się ktoś włamał!?
 -Wróciłem!- krzyknąłem w progu. Miałem już taki nawyk, nawet kiedy przez tydzień mieszkałem sam, czasami łapałem się na tym, że mówię do kogoś, a nie było nikogo, kto by mnie usłyszał...
 -Ile ja mam na ciebie  z tym obiadem czekać?- spytał z pretensją.
 -No wiem, ale...
 -No co? Albo w sumie posłucham, jaką masz wymówkę na to, że własnie pobiłeś jakiegoś kolesia!- warknął.
 Ten człowiek mnie zadziwia. Najpierw zachowuje się jak dzieciak,a teraz jak moja matka... Jakie jeszcze oblicza skrywa Mario Gotze?
 -Ale on przegiął... Naprawdę, no...
 -Powinieneś się liczyć z tym, że ktoś zadaje ci pytania! Co takiego mogło cię urazić w pytaniach o Ankę!?
 -Nie pytał o Ankę, tylko o Julkę! Sugerował, że Anka zdradzała mnie już wcześniej, a Julka to nie moje dziecko!
 Spojrzał na mnie zdezorientowany.
 -Żartujesz- wydukał.- A to możliwe?- spytał.
 Popatrzyłem na niego jak na idiotę.
 -No chyba żartujesz!- prychnąłem.
 -Dobra, nie rozmawiajmy już na ten temat- powiedział.- Jesz ten obiad?
 Poszliśmy do kuchni by zjeść i w końcu nie rozmawialiśmy na przykre tematy.
___________________________________________________
PRZEPRASZAM PRZEPRASZAM PRZEPRASZAM PRZEPRASZAM!!! Wiem, że długo nie dodawałam, ale chyba nie tęskniliście :)* Nie miałam weny no. xD Zostawiam Wam nowy żałosny rozdział do oceny ;D
OGŁOSZENIA PARAFIAAALNE!:
Rozdziały będę dodawać teraz co piątek! Gdzieś bardziej z wieczora :D
Pozdrawiam Was kochane!!! ;* Do następnego piątku! :)*
PS. Obiecuję nadrobić WSZYSTKIE zaległości na Waszych blogach! Wiecie, muszę się przestawić na tryb szkolny, a jak wracam ze szkoły to już od razu chce mi się spać i nie mam na to siły. Ale w weekend na pewno wszystko już ogarnę ;*

sobota, 14 września 2013

Rozdział 21 "W końcu wiesz, jak to boli"

[Natalia]

 Obudziłam się w szpitalu. To była pierwsza noc spędzona tutaj. Wszystko było tak przytłaczająco białe i sterylne. Ściany z białych kafelków, białe kafelki na podłodze, biały sufit, biała pościel... Z tego wszystkiego nie zauważyłam, że koło mojego łóżka siedzi Mario.
 -Co ty tu tak wcześnie robisz?- spytała, ale uśmiechnęłam się do niego promiennie. Miło było go zobaczyć. Tym bardziej, że już niedługo pewnie nie będziemy się tak często widywać.
 -Mówiłem, że cię odwiedzę- odparł i wyszczerzył swoje białe zęby w uśmiechu.
 -A tak na serio?- uniosłam brwi.
 -Chciałem, żeby nie było Lewego. Ja już dzisiaj wracam i chciałem się z tobą pożegnać- powiedział i spojrzał mi w oczy.
 Uświadomiłam sobie, że to może być ostatni raz, kiedy go widzę.
 -Jeśli cokolwiek mi się stanie, to chcę, żebyś wiedział- zaczęłam.- Przepraszam cię za wszystko. Za to, że dawałam ci złudne nadzieje, że mimo tego, że wiedziałam co do mnie czujesz, na twoich oczach przystawiałam się do Lewego, a potem używałam cię jak poduszki do wytarcia łez...
 -Na tym polega przyjaźń- szepnął i uśmiechnął się ciepło.- Będziesz miała jeszcze wiele okazji, żeby mi to powiedzieć. Wyzdrowiejesz. Musisz w to uwierzyć, bo bez tego cała medycyna będzie bezradna- dotknął mojego policzka.
 -Wierzę w to- odwzajemniłam uśmiech.- I Mario... Miałabym do ciebie jeszcze prośbę...
 -Co tylko zechcesz!
 -Wracasz samochodem czy samolotem?
 -Samolotem, a co?- spytał zdezorientowany.
 -To wrócisz z Lewym. Zaciągnij go do tego Dortmundu, bo Ania nie jest zadowolona z tego, że on tu jest.
 -Postaram się- odparł z nieschodzącym mu z twarzy uśmiechem i wyszedł. Kurczę, będę za nim cholernie tęsknić. Powinnam być lepiej nastawiona, ale może tak ma być. Nic innego nie robię, tylko ranię ludzi i niszczę im życie. Może mi się to należy?
 Podczas, gdy rozmyślałam, do mojej sali wszedł Robert z szerokim uśmiechem. Te ich uśmiechy są już dość męczące.
 -Hej młoda- rzucił i usiadł na moim łóżku, o mało nie miażdżąc mi nogi.
 -Hej stary- przedrzeźniałam go.
 -Mam złe wieści- posmutniał.
 -Jakie?
 -Jadę do Dortmundu, będziesz musiała zostać sama. Ale wrócę, zanim się obejrzysz, obiecuję!- dodał.
 -Nie musisz się spieszyć- powiedziałam.
 -Już chcesz się mnie pozbyć?- zapytał i zrobił smutną minkę.
 -No tak, a co ty sobie myślałeś?- musiałam pożałować tego pytania. Robert zaczął mnie łaskotać, a nigdy tego nienawidziłam. Nie wiedziałam, czy się śmiać czy krzyczeć, czy robić to jednocześnie. W efekcie dławiłam się tylko śmiechem, bo nie chciałam, żeby pielęgniarki się zbiegły.- Dobrze, wracaj jak najszybciej!
 -Będziesz tęsknić?- spytał. Wolałam już mu się nie narażać.
 -No oczywiście, będę usychać z tęsknoty- odparłam i znowu wybuchłam śmiechem.
 W pewnym momencie Robert spojrzał na zegarek i już wiedziałam, co oznaczał grymas na jego twarzy.
 -Musisz już iść?- mój głos był cichy i smutny.
 -Tak...
 -Słuchaj, jeśli mielibyśmy się już nie spotkać, to chcę, żebyś wiedział, że...- zaczęłam.
 -Przestań! Spotkamy się, nie wolno ci myśleć inaczej!
 -Tak, ale...
 -Żadne "ale"! Mario mówił, że świrujesz... Słuchaj, wszystko będzie dobrze, hm?
 -Ale ja tylko chciałam ci powiedzieć, że...!
 -Powiesz mi jak wyzdrowiejesz- przerwał mi. Miałam ochotę mu coś zrobić.- To będzie taka twoja motywacja- uśmiechnął się.
 -Wiesz, że mnie wkurzasz?- spytałam z udawaną pretensją w głosie. Uśmiechnął się i kiwnął głową, po czym mocno pocałował mnie w usta i wyszedł.
 Zostałam tu sama. Lewy namącił mi w głowie. Ten pocałunek był niepotrzebny. Nie jesteśmy razem, więc niech przestanie się tak zachowywać!
 Chciałam mu powiedzieć, że go kocham. Niestety nie było mi dane to zrobić. W sumie, może to i lepiej. Jeśli nie... Nie spotkamy się już więcej, to po co ma wiedzieć, że coś do niego czułam?
 Tak strasznie chciałabym z nim być. Ale jestem w sytuacji bez wyjścia. Ania jest świetną żoną. Gdyby chociaż ona coś zrobiła i Robert miałby pretekst, żeby ją zostawić, a tak? Poza tym Julka.
 Postanowiłam. Jeśli wyzdrowieję, podziękuję Lewemu i usunę się z jego życia raz na zawsze. Wyjadę do Polski. Oczywiście nie zachowam się tak jak wcześniej, powiem mu, gdzie jadę. Tak będzie lepiej dla nas obojga. On ma swoje życie, ja... No ja nie mam życia osobistego. Ale im szybciej zapomnę o nim, tym szybciej będzie szansa, że kogoś pokocham. Kogoś, z kim będę mogła być.

 [Robert]

 Przez całą drogę myślałem o niej. Ignorowałem Mario, który najpierw próbował zacząć rozmowę, ale kiedy zrozumiał, że mu się nie uda, założył słuchawki i teraz kiwa się w rytm muzyki z jednej na drugą, raz po raz coś śpiewając. Trochę mnie to denerwowało i nie pozwalało skupić się na drodze.
 -Ej Lewy...- powiedział Gotze zdejmując słuchawki.
 -Hm?- spojrzałem na niego pytająco.
 -Ona wyzdrowieje?- zapytał naiwnie jak dziecko. Oczekiwał odpowiedzi :tak lub nie. A skąd ja mogę to wiedzieć?
 -Tak, wyzdrowieje- uśmiechnąłem się. Jego wzrok był tak smutny, że musiałem mu to powiedzieć. Mario czasami zachowuje się jak dziecko. Trudno za nim nadążyć. Raz totalny dzieciak, a potem walnie jakąś mądrość, nad którą inni musieliby myśleć o wiele dłużej, chociaż pewnie robi to nieświadomie. Wiele razy już mi pomógł. Dobrze, że miałem takiego przyjaciela jak ona, bo z Reusem... No cóż, niby rozmawiamy, śmiejemy się, ale ciągle mamy do siebie jakiś uraz.
 Musieliśmy pojechać na stację benzynową. Zatrzymaliśmy się, a ja zaraz po zatankowaniu samochodu zadzwoniłem do Przybylskiej. Mój przyjaciel poszedł kupić coś do jedzenia i do picia, więc miałem kilka minut spokoju.
 -Hej Lewusku, co tam?- spytała pogodnym głosem. Aż mnie to zaskoczyło.
 -Hej Natalko, dobrze, a u ciebie?- odpowiedziałem pytaniem na pytanie, kontynuując naszą wymianę uprzejmości.
 -Dobrze, tylko nudno tu bez ciebie- odparła.- Gdzie już jesteście?
 -Stoimy na stacji gdzieś ze sto kilometrów od Dortmundu. Ale jak ci się nudzi, zawsze mogę wrócić- zaśmiałem się.
 -Nie pogardziłabym... Ale nie jest najgorzej, trochę popisałam, a teraz oglądam Glee, bo nie ma nic innego w TV- oznajmiła.- Musisz szybko wrócić, bo jeszcze się w to wciągnę i co wtedy?
 -Wrócę jak najszybciej się da... Muszę kończyć, Mario już wraca, pa- powiedziałem. Zaczekałem, aż ona się pożegna, po czym się rozłączyłem.
 -Gadałeś z nią?- spytał Gotze, wrzucając powerade'a do samochodu.
 Potaknąłem głową.
 -A z Anią?
 -Czy ty chcesz mnie umoralniać jak Marco?- zapytałem już trochę zirytowany tą sytuacją.
 -Nie, po prostu tak pytam... Ona w ogóle wie, że przyjedziesz?
 -Zrobię jej niespodziankę- odpowiedziałem.
 -A skąd wiesz, że ona będzie na ciebie czekać?- spytał.
 To pytanie zbiło mnie z tropu. Jak to, nie będzie czekać? W sumie, dałem jej do zrozumienia, może trochę niechcący, że wybieram Natalię. Nie wiedziałem, co mam myśleć, i czego się spodziewać po powrocie do domu.
 Kiedy przekroczyliśmy granice Dortmundu, strasznie się bałem. Nie chciałem tak tego kończyć, nie w ten sposób. Oddaliliśmy się z Anią od siebie, ale nie była mi obojętna. Sam już nie wiedziałem co robić!
 Poirytowany tą sytuacją wszedłem do domu, wcześniej zawożąc Mario pod jego blok. Rozejrzałem się po mieszkaniu. Paliły się światła, więc była w domu. Z drugiej strony, gdzie by miała być?
 -Ania, kochanie?- spytałem, kiedy wszedłem do domu.
 -W salonie- odkrzyknęła. Poszedłem do pokoju i zobaczyłem, jak siedzi na kanapie z twarzą ukrytą w dłoniach.
 -Co się stało?- usiadłem obok niej i chciałem ją objąć, ale mi na to nie pozwoliła.
 -Robert, ja... Muszę ci coś powiedzieć...- zaczęła i patrzyła w podłogę. Z oczu leciały jej łzy. Bałem się tego, co mogę usłyszeć.- Jestem w ciąży- powiedziała w końcu.
 -Ale... Aniu to cudownie!- ucieszyłem się i chciałem ją przytulić.
 -Nie z tobą.
 Nie wiedziałem co powiedzieć. Zamurowało mnie. Złość mieszała się z upokorzeniem i smutkiem.
 -CO!? Ty... Zdradziłaś mnie!?- krzyknąłem z niedowierzaniem.
 -Robert...
 -Co Robert! Co Robert!? Jak mogłaś mi coś takiego zrobić!?
 -Ty też mnie zdradzałeś! I nie udawaj że nie, chociaż raz zachowaj się jak mężczyzna i przyznaj się do tego!
 Spuściłem wzrok. Miała rację. Naskakuję na nią, a sam robiłem to samo.
 -A powiesz mi przynajmniej z kim jesteś w ciąży?- spytałem cicho. Jej wzrok uciekał gdzieś po pomieszczeniu.- Jestem jeszcze twoim mężem, mogę chyba wiedzieć- dodałem lekko zirytowany.
 -Nie chcesz wiedzieć- odparła.
 -Może jednak chcę- warknąłem.
 -Marco- powiedziała cicho ze łzami w oczach.
 -Reus!?- wrzasnąłem.
 Pokiwała głową. Zupełnie nie wiedziałem co robić. W jednej chwili straciłem żonę i przyjaciela. Czułem się, jakbym leciał w jakąś przepaść i nie miał się czego złapać. Pobiegłem na górę i zacząłem wrzucać rzeczy Anki do walizki. Nie chciałem jej już widzieć. Jak mogła to zrobić z moim najlepszym przyjacielem!?
 -Nie musisz się wyprowadzać- powiedziała stojąc w progu i patrząc na moje poczynania.
 -Wiem. Dlatego ty się wyprowadzasz- odpowiedziałem niewzruszony i nie przerywałem pakowania.
 -Ale dlaczego niby ja!? Wyrzucisz mnie z dzieckiem pod most!?
 -A kto powiedział, że z dzieckiem!? Julka zamieszka ze mną!
 -Nie oddam ci jej!- krzyknęła.
 -A ja nie oddam jej Marco!- krzyknąłem.- Lepiej żeby mieszkała ze mną, niż z tym idiotą i matką dziwką!- chyba trochę się zapędziłem, bo poczułem uderzenie w twarz.- Ja... Nie o to mi chodziło, nie chciałem tego powiedzieć, Ania- złapałem ją za nadgarstki i spojrzałem w oczy.
 -Zostaw mnie! I wynoś się nie chcę cię więcej widzieć na oczy!
 Patrzyłem jak Ania ze łzami w oczach wybiega z pokoju. Zachowałem się wobec niej jak dupek. Ostatnio często zdarza mi się ranić osoby, na których mi tak cholernie zależy. Westchnąłem. Wypakowałem rzeczy Ani z walizki i wpakowałem moje.
 Schodząc spojrzałem jeszcze na Anię, która siedziała na kanapie i patrzyła w ścianę.
 -A więc to koniec?- spytałem wypranym z emocji głosem.
 -A jak myślisz?- odpowiedziała takim samym tonem.
 -Będziesz z nim?
 -To już chyba nie powinno cię obchodzić!- warknęła.
 Wyszedłem z domu zostawiając ją tam samą. Nie wiedziałem dokąd mam się udać. Nie chciałem być w hotelu, nie chciałem być sam, musiałem z kimś pogadać, wyżalić się. Mógłbym też pojechać obić Reusowi mordę, ale nie mam na to na razie siły. Zemsta najlepiej smakuje na zimno.
 Wsiadłem do samochodu i pojechałem do dobrze znanego mi bloku. A jeszcze pół godziny temu odwoziłem tu Mario i bałem się, czy Ania będzie na mnie czekać.
 Drzwi otworzył mi Gotze, ubrany do połowy. Na jego twarzy malowało się zdziwienie.
 -Lewy? Co ty tu robisz? I czemu masz minę jakby ktoś umarł?- obsypywał mnie pytaniami.
 Wtedy nie wytrzymałem. Przytuliłem się do niego. Chyba pierwszy raz w życiu, nie w ten sposób z boiska, czy po przyjacielsku. Po prostu przytuliłem go, bo kogoś potrzebowałem.
____________________________________________
No to łapcie nowy rozdział ;) Przepraszam, że tak długo nie dodawałam, ale nie miałam na to zupełnie czasu. Rozdział napisany z gorączką, więc przepraszam za wszelkie głupoty, które tu wypisywałam! :D Nowy rozdział pojawi się w sobotę, o ile zdążę go napisać, ale myślę że tak, bo przynajmniej na tydzień będę miała wolne od szkoły! xD
Martwi mnie mała ilość komentarzy, ale rozumiem Was. Szkoła, te sprawy, poza tym, ja strasznie przynudzam ;_; :)
Pozdrawiam Was kochane ;***

środa, 4 września 2013

Rozdział 20 "Albo ona, albo ja!"

 [Natalia]

 Nastał nowy, dzień, z nowymi nadziejami, można powiedzieć. Nie jestem już tak zdołowana, jak wczoraj. Nie mogłam się z tym pogodzić. Za wszelką cenę, chciałam tą myśl wyprzeć. A teraz? Wierzę, że wyzdrowieję. Robert mi obiecał. Może i to naiwne, wierzyć w obietnice kogoś, kto nie zna się nawet na medycynie, ale znajduję w nim oparcie i uwierzyć mu w to, to dla mnie czysta wygoda. Uważam tylko, że to niesprawiedliwe. Dlaczego, to musiało przytrafić się akurat mnie? Przecież nic złego nie zrobiłam.
 Chociaż, jakby się bardziej zastanowić, zniszczyłam Robertowi małżeństwo. No bo szczerze, ile ten ich związek od siedmiu boleści może potrwać? Lewandowski mówił mi, że już nic do niej nie czuje. A ona? Też cały czas ma pretensje. Więc jeśliby brać pod uwagę tylko zdanie Lewego, ten związek mógłby nie istnieć. Ale pani Lewandowska na pewno tak łatwo go nie puści. Zresztą nie dziwię jej się, na jej miejscu zrobiłabym to samo. Taki facet jak Robert, to prawdziwy skarb. Szkoda, że się wcześniej nie spotkaliśmy.
 Leżałam właśnie na jego ramieniu i rozmyślałam. Wpatrywałam się uważnie w jego twarz. Doszłam do wniosku, że taki widok, mogłabym widywać codziennie rano. Ale niestety, to niemożliwe. Strasznie się wkręciłam w ten mój "związek", który nie istnieje. Za dużo sobie wyobrażam. Lewy na pewno ma mnie tylko za przyjaciółkę, a ja myślę sobie nie wiadomo co.
 Wstałam i podeszłam do okna. Otworzyłam je i wyjrzałam przez nie. Zimne, marcowe powietrze owiało mi twarz. Obok idealnie odśnieżonego chodniczka, na podwórku Lewego leżały sterty śniegu, tak samo jak na trawie i dachach sąsiednich domów. Biały puch delikatnie padał z nieba, spadając mi na nos.
 Przyszło mi do głowy, że być może ostatni raz widzę Dortmund. Nie wiem, czy wrócę z Monachium, czy tam z Hamburga, czy nie wiadomo jeszcze skąd. Kiedy zasnęłam Robert szukał jeszcze w internecie najlepszych klinik w Niemczech. Nie chcę opuszczać Dortmundu. Jeśli i tak mam umrzeć, po co w jakimś obcym mieście? Nie lepiej zostać tu? Tyle pytań i nie ma ich komu zadać, bo Lewy jeszcze śpi...
 Poszłam sobie po kawę i znowu wróciłam do okna. Ogród Lewandowskich był tak śliczny, że nie mogłam oderwać wzroku. Pewnie bez śniegu wygląda jeszcze lepiej. Pod płotem rząd wysokich na około półtora metra thuj, równiutkich i zieloniutkich, na środku dróżka, a obok otaczające ją drzewka, uformowane w kształcie kul.
 -Matko Boska!- krzyknął Lewy zrywając się z łóżka. Spojrzałam na niego spod zmarszczonych brwi.- Nie, sory, jak cię zobaczyłem przy tym oknie, to pomyślałem, że znowu zrobisz coś głupiego- uśmiechnął się słodko, przymykając jedno oko, z powodu rażącego słońca. Zaśmiałam się. Brunet wstał, podszedł do mnie i objął mnie w pasie. Jego nagi tors trochę mnie dezorientował, ale spojrzałam w końcu na jego twarz, na której widać było triumfalny uśmiech.
 -Nie ciesz się tak- powiedziałam i uderzyłam go lekko w brzuch.- Jakbym ja spędzała trzy godziny dziennie na siłowni, też byś nie mógł oderwać ode mnie wzroku.
 -Już nie mogę- odparł i pocałował mnie namiętnie w usta.
 -Lewy... Co my robimy?- zapytałam, kiedy przestał. Spojrzał na mnie zdziwiony.
 -Myślałem, że po naszej wspólnej nocy, coś się między nami zmieniło- mruknął zawiedziony.
 -Nie zmieniło. A wiesz co się nie zmieniło? To, że masz żonę i dziecko- powiedziałam.
 -Ale jakoś mojej żony tu nie ma- uśmiechnął się łobuzersko.
 -No i tym bardziej robisz jej jeszcze większe świństwo, i ja w ogóle nie rozumiem, dlaczego ja w tym uczestniczę!- warknęłam i usiadłam na fotelu, na którym wisiały ciuchy Roberta. No tak, porządek jednak nie był u niego tak idealny.
 -Ale przecież my... Chcemy tego, to czemu mamy się przed tym bronić?- spytał, gdy usiadł obok mnie, obejmując mnie ramieniem.
 -Już ci tłumaczyłam- odparłam znudzona.
 -Oj Taluś, Taluś...- westchnął i pocałował mnie mocno w policzek. Zaczęliśmy się śmiać, nie wiadomo z czego.
 -To dokąd jedziemy?
 -Do Monachium...- oznajmił niezadowolony.
 -Co jest złego w Monachium?
 -Bayern- odpowiedział. Ta odpowiedź była tak oczywista i banalna, że znowu zaczęłam się śmiać. Jeszcze bardziej rozśmieszała mnie śmiertelnie poważna mina Lewandowskiego.
 -Dobra, ja idę pod prysznic...
 -Iść z tobą?
 -NIE!?- krzyknęłam, ale po jego minie widziałam, że żartuje. Wzięłam więc swoje rzeczy i poszłam do jego łazienki.
 Muszę przyznać, że życie dziewczyny piłkarza, musi mieć też swoje dobre strony. Wystarczy spojrzeć na ten dom. Ani jak widać niczego nie brakowało. Łazienka wyłożona kaflami, w kolorze piaskowym, wanna dwuosobowa, ze skórzanymi siedzeniami i hydromasażem, prysznic, tak duży, że zmieściłoby się z pięć osób, a w panelu prysznica wmontowane radio. Dobrze, że ubikacja nie ma jakiegoś siedzenia ze skóry, czy z czegoś takiego. Uśmiechnęłam się do moich dziwnych myśli i położyłam się w wannie, napełnionej ciepłą wodą. Niby planowałam prysznic, ale nie mogłam się oprzeć.

 [Robert]
 Natalia poszła pod prysznic, więc miałem czas wszystko zaplanować. Do Monachium mamy ponad 600 kilometrów. Samochodem około 6 godzin jazdy, no moim 5. Jestem zmęczony, więc mogę zasnąć za kierownicą. Trzeba będzie podjechać na stację, zatankować i kupić z pięć Red Bulli. Wcześniej pojedzie się do Tali, ona się spakuje i będzie można jechać. Miejsce w klinice ma już załatwione. Wolałbym inne miasto niż akurat Monachium. Kiedy ktoś mnie tam zobaczy plotki o moim transferze ożyją na nowo. Wiem, to strasznie egoistyczne, ale dlaczego to musi być akurat pieprzone Monachium!
 Druga sprawa, ile można siedzieć pod prysznicem? Może postanowiła się utopić? Nie no, muszę przestać mieć dziwne myśli i jej zaufać. Każdy może raz popełnić błąd.
 Włączyłem laptopa i zastanawiałem się, czy nie napisać na facebooku czegoś w stylu: Jadę do Monachium, ale w celach prywatnych. Tak, tylko jakie ja mogę mieć sprawy prywatne bez Ani? Wolę, żeby spekulowano o moim rzekomym transferze niż o moim życiu.
 Usłyszałem chrzęst kluczy w drzwiach. Ania. No to po mnie.
 -Hej kochanie- powiedziała wchodząc do domu, ze sztucznym uśmiechem.
 -Gdzie Julka?
 -Została u mojej mamy, pomyślałam, że powinniśmy pobyć trochę sami, to nam dobrze zrobi, nie uważasz?- spytała i pocałowała mnie w policzek.
 -Tak, na pewno, ale... Ja muszę wyjechać na kilka dni- oznajmiłem i czekałem, aż zacznie się wydzierać.
 -A dokąd?- zapytała z pretensją i oparła ręce na biodrach. Jej zimne spojrzenie, przenikało mnie całego.
 -Emm... Do Monachium?- odparłem niepewnie.
 -Czarek cię jednak namówił- westchnęła.
 -Nie, nie to nie ma nic wspólnego z Czarkiem, chodzi o...- zacząłem się tłumaczyć, ale w tym momencie z łazienki wyszła Natka, mówiąc coś o tym, że mam zajebistą wannę. Lepszego momentu sobie wybrać nie mogła. Spojrzałem przerażony na Anię, która właśnie wyszła ze łzami w oczach. Popatrzeliśmy na siebie z Natalią.
 -Przepraszam- powiedziała.
 -To nie twoja wina- odparłem i pobiegłem za Anią. Wsiadała właśnie do samochodu, ale zdążyłem ją zatrzymać. Złapałem ją za rękę, ale ona uderzyła mnie w twarz.
 -Wiesz co mnie tylko zastanawia! Że byłam pewna, że zastanę taki widok, byłam na to przygotowana, a jednak to mnie boli!- krzyknęła.
 -Kochanie, to nie jest tak jak myślisz... My, między nami do niczego nie doszło, przysięgam!
 -To co ona tu robi!?
 -Ona jest chora- Ania uniosła brwi.- Na raka- kontynuowałem a moja żona otworzyła usta ze zdumienia.
 -Przepraszam, ja... Nie wiedziałam, ale to dalej nie tłumaczy, co ona tutaj robi.
 -Załatwiłem jej klinikę w Monachium. Dzisiaj zawiozę ją tam i zostanę na kilka dni.
 -A po co masz tam zostawać?
 -Nie chce jej zostawiać samej, wiesz, w jakim jest stanie.
 -Czyli bardziej obchodzi cię ona niż ratowanie naszego małżeństwa!?
 -Ćśśś... Cicho, nie krzycz tak, zaraz się jacyś ludzie zlecą. I przecież tu chodzi o jej życie!
 -Myślę, że nie umrze bez ciebie.
 -Ona potrzebuje wsparcia.
 -Ja też potrzebuję wsparcia!
 Wywróciłem oczami i poszedłem w stronę domu.
 -Wybieraj! Albo ona, albo ja!- warknęła Anka i poszła za mną, pewna, że wybiorę ją.
 -Chodź Tala, jedziemy- powiedziałem i uśmiechnąłem się do niej lekko. Nawet nie chciałem patrzeć na mine brunetki, która nepweno miałaby ochotę odrąbać mi głowę. Z drugiej strony zastanawiałem się, dlaczego nigdy mnie nie pobiła, przecież trenowała karate. Wziąłem torbę od Przybylskiej i poszliśmy do mojego samochodu.

[Tymczasem w Dortmundzie]:

[Ania]

 Nie mogłam uwierzyć, że wybrał tą zdzirę. Widocznie to, że mamy dziecko już nic dla niego nie znaczy. Dlaczego nie mogłam wcześniej się otrząsnąć? Byłam w nim zakochana do bólu, a on widocznie we mnie trochę mniej.
 Myślałam, że pod moją nieobecność wszystko sobie przemyślał, ale najwidoczniej dałam mu tylko miejsce do zabaw z tą... Ach.
 To wszystko strasznie mnie zdołowało, nawet nie wiem kiedy, zaczęłam płakać. Założyłam płaszcz z powrotem i udałam się pod dobrze znany mi adres. Otworzył mi wysoki blondyn, który uśmiechnął się na mój widok i przytulił.
 -Wreszcie wróciłaś!- powiedział zadowolony.- Wchodź- zaprosił mnie gestem ręki do środka. Muszę przyznać, że on zawsze działał na mnie uspokajająco i rozweselająco, dlatego na mojej twarzy gościł już uśmiech.- Coś się stało? Nie miałaś spędzać czasu z Robertem?- wspominając o moim mężu miał smutną minę, co i mnie się udzieliło. Ciężko mi było mówić, a nawet myśleć o tym, że mój Robert mnie po prostu olał.
 -Pojechał do Monachium. Z nią- odparłam i oparłam brodę o kolana.
 -Ale po co do Monachium?
 -Ona jest chora, załatwił jej klinikę, ale nie o to tu chodzi! Ja bym nic nie miała przeciwko, że on chce jej pomóc, ale on chce tam zostać na kilka dni. Powiedziałam mu, że ma wybierać, albo ją, albo mnie... A on wyszedł z nią bez słowa- tłumaczyłam, a przy końcu załamał mi się głos. Wtuliłam się w chłopaka, pozwalając mu się objąć.
 -Nie jesteśmy w stosunku do niego fair. Powinniśmy mu o nas powiedzieć- zaczął i wpatrywał się we mnie uważnie swoimi brązowymi oczami.
 -Mówiłam ci, że jeszcze nie chcę... Mamy dziecko, chcę jeszcze ratować nasz związek.. Dla niej.
 -Ale ja też nie czuję się z tym dobrze, że sypiasz z innym facetem. Ja chcę, żebyś była tylko moja, Aniu- powiedział i ujął moją twarz w dłonie.- Kocham cię. Zajmę się tobą i Julką, a o Roberta się nie martw. On sobie poradzi. Poza tym, to i tak z jego winy to wszystko się stało- pocałował mnie w policzek.
 Pewnie, chciałam z nim być. Ale nie mogłam się przyznać Robertowi. Nie chcę mu pokazać, że ja też nie jestem bez winy. Wolałabym, żeby to on był za wszystko odpowiedzialny, ale niestety, tak się nie da.
 -Dobrze, jak wróci to mu powiem, że z nami koniec. Chcę być tylko z tobą- wyznałam i pocałowałam go w usta.

 [Robert]

 Po pięciogodzinnej jeździe dojechaliśmy do Monachium. Od razu udaliśmy się do kliniki, w której natychmiast zrobiono Natalii badania. Lekarz powiedział, że jest duża szansa, że uda się ją z tego wyleczyć. Ja cały czas tkwiłem w tym przekonaniu. Wierzyłem w to, bo nie wyobrażałem sobie życia bez niej.
 Byłem zły na siebie, że tak szybko wzięliśmy z Anką ślub. Wszystko się pokomplikowało. Ale naciski ze strony jej rodziców i mojej mamy to spowodowały. W przeciwnym razie nigdy nie zgodziłbym się na małżeństwo w wieku 22 lat.
 Siedziałem przy łóżku Tali, ale wparował lekarz i mnie wyprosił. Usiadłem więc na korytarzu.
 -Panie Robercie, nie ma sensu, żeby pan tu siedział. Potrzebne są dodatkowe badania, potrwa to na pewno grubo ponad godzinę- powiedziała pielęgniarka, która właśnie wyszła z sali.
 -Jednak zostanę- odparłem ze sztucznym uśmiechem.
 -Ale niepotrzebnie będzie pan tu siedział... Pozwiedza pan miasto, w końcu za pół roku będzie pan tu mieszkał, prawda?- spytała cały czas się uśmiechając. Miała taki ton, jakby to było oczywiste.
 -Proszę pani, nigdy nie powiedziałem, że chcę grać w Bayernie Monachium i bardzo nie lubię, kiedy ktoś mi coś insynuuje i spekuluje na mój temat- powiedziałem spokojnym tonem.
 -Przepraszam- wymamrotała zmieszana i poszła korytarzem przed siebie.
 Może za bardzo się zdenerwowałem. Może. Ale to jest najgorsze, co może być, jak wszyscy wiedzą lepiej od ciebie, co będziesz robił w życiu. Nigdy nie chciałem się przenieść do Bayernu, a wszyscy uznają to za naturalne i oczywiste.
 Wyszedłem ze szpitala, żeby trochę ochłonąć. Monachium, to podobno piękne miasto, więc chyba nie zaszkodzi, jak sobie trochę pozwiedzam. Poszedłem do paru sklepów, kupiłem co trzeba, żeby zrobić Natalii niespodziankę i umilić jej czas choroby. Ludzie byli nawet mili, zawsze myślałem, że kibice Bayernu to zarozumiali, zapatrzeni w siebie typowi Niemcy, a tu proszę, "Panie Robercie, jestem pańskim fanem, mogę prosić o zdjęcie". Ale czy Monachijczycy nie powinni mnie nie lubić?
 Idąc jedną ze starych, zabytkowych ulic zauważyłem kogoś, kto wydawał mi się znajomy. Niski, w czarnym płaszczu, sięgającym za tyłek i w czarnym fullcapie.
 -Mario!? Co ty tu robisz?- zapytałem łapiąc go za ramię. Podskoczył i spojrzał na mnie z wyrzutem.
 -Weź mnie tak nie strasz, już myślałem, że mnie ktoś napadł- westchnął.- A ty co tu robisz?
 -Pierwszy spytałem- a, czyli wracamy do przedszkola?
 -Przyjechałem... Emmm... W odwiedziny do... Babci- powiedział sam niepewny tego co mówi.
 -Twoja babcia nie mieszka w Monachium- zauważyłem.
 -No to się przeprowadziła, jeny, Lewy czepiasz się- jęknął.
 -Nie, czepiam się, tylko jestem ciekawy co tu robisz.
 -To już sobie miasta nie można pozwiedzać?
 -To tak samo, jakbyś pojechał do Gelsenkirchen! Zaraz się zacznie, że Gotze chce przejść do Bayernu. Ale w sumie, to dobrze, może przestaną pisać o mnie?- uśmiechnąłem się. Zawsze trzeba szukać pozytywów.
 Mario spuścił wzrok, a na jego twarzy pojawił się grymas.
 -Ej... Nie mam racji, nie? Nie przechodzisz do Mona...
 -Nie, nie przechodzę!- warknął, przerywając mi.
 -Spokojnie...
 -Sory... Ech, a ty po co tutaj jesteś?- spytał, żeby zmienić temat.
 -Natalia jest chora, załatwiłem jej tu klinikę- Mario zrobił wielkie oczy.
 -Ale jak chora!?
 -No na raka, no... Ale wyzdrowieje, rozumiesz, wyzdrowieje!- krzyknąłem, widząc, że do oczu mojego przyjaciela napływają łzy. Kręcił głową powtarzając sobie coś pod nosem, jakby wpadł w trans.
 -Musi wyzdrowieć- powiedział, kiedy podniósł na mnie wzrok.- Weź, zaprowadź mnie do niej.
 -Okej- westchnąłem i poszliśmy w stronę szpitala.- Patrz, kogo ci przyprowadziłem- powiedziałem wchodząc do sali Natalii, ciągnąc za sobą Gotzego. Na ich twarzach pojawił się szeroki uśmiech i już po chwili trwali w przyjacielskim uścisku.- Ja was zostawię, mam jeszcze coś do załatwienia i... Nie otwierajcie toreb beze mnie!

  [Natalia]

 Przytulaliśmy się z Gotze już chyba z dziesięć minut i żadne z nas nic nie mówiło.
 -Nie mogę uwierzyć w to co się stało- westchnął Mario, przerywając ciszę.-
 -Ja też nie, ale przecież wiem, że wyzdrowieję- odparłam radosnym głosem.- Ale spójrzmy na to z innej strony. Mam płatny urlop na co najmniej trzy miesiące- powiedziałam, jakby to było coś pozytywnego. Ale najgorsze, co mogłabym zrobić to się załamać, więc szukam dobrych stron we wszystkim.
 -Zazdroszczę, ja tam urlopu za dużo nie mam- odpowiedział piłkarz i teatralnie się skrzywił. Wybuchnęliśmy śmiechem.
 -Ale twoja praca to nie praca. Robisz to, co kochasz i jeszcze ci za to płacą, a ja...
 -A ty co kochasz?- zapytał i przyglądał mi się uważnie.
 -Od zawsze chciałam pisać. Ale nie artykuły, tylko książki. Od małego potrafiłam wymyślić historię na poczekaniu i to ciekawą. Jak miałam z pięć lat, potrafiłam po prostu usiąść i w piętnaście minut napisać opowiadanie, potem pisałam po kilka miesięcy jedno, ale w końcu wychodziło i kiedy kończyłam moje dzieła byłam taka z siebie dumna...
 Chłopak przyglądał mi się z zaciekawieniem i uśmiechał szeroko.
 -Przepraszam, pewnie się wygłupiłam- powiedziałam.
 -No co ty, to bardzo ciekawe! Wiesz, teraz masz dużo wolnego czasu, mogłabyś spełnić swoje marzenia i coś napisać. Tak na poważnie.
 -Myślisz?
 -No pewnie- uśmiechnął się krzepiąco i złapał mnie za ramię.
 Wtedy do sali wpadł Lewy, nawet nie pytając, czy przeszkadza czy coś. Był dziwnie szczęśliwy.
 -Ja już pójdę- powiedział Gotze, przytulił mnie i klepnął Lewego w ramię.- Odwiedzę cię jutro- dodał jeszcze przed wyjściem.
 -Gdzie byłeś?- spytałam Roberta niby to od niechcenia.
 -Poszedłem do kwiaciarni, kupić kwiaty dla takiej jednej pielęgniarki- odparł i usiadł na moim łóżku.
 -Po co?
 -A niemiły byłem dla niej, chciałem ją przeprosić- uśmiechnął się, a ja poszłam w jego ślady.- Mam coś dla ciebie- przypomniało mu się i wziął do ręki reklamówki. Zaczął wykładać jakieś jedzenie, owoce, książki, a na końcu wręczył mi... IPad?!
 -E... Kupiłeś mi iPada?- zapytałam z pretensją.
 -Nie chciałem, żebyś się tu nudziła, masz dostęp do internetu i inne takie- uśmiechnął się niezrażony moim wcześniejszym wybuchem.
 -Dziękuję ci, ale... Nie musiałeś- dodałam.
 -Wiem, że nie musiałem, ale chciałem- odparł.
 Wzięłam do ręki książki i zaczęłam je przeglądać. Żadnej z nich jeszcze nie czytałam, więc Lewandowski dokonał dobrego zakupu. Jedna z nich rzuciła mi się w oczy.
 -50 Twarzy Greya!?- zapytałam i zaczęłam się śmiać.
 -Podobno dobre, nie wiem o czym to... Wszystkie dziewczyny się tym zachwycają- odpowiedział zawiedziony.
 Podałam mu książkę otwartą na byle jakiej stronie, gdzieś na środku. Zaczął czytać i co chwila wybuchał śmiechem. Nagle mina mu zrzedła.
 -Co się stało?- spytałam dalej dławiąc się śmiechem.
 -Ania to czytała...- odparł patrząc z przerażeniem na książkę. Znowu wybuchliśmy śmiechem.
 -Robert ja... Słyszałam kawałek twojej rozmowy z żoną i myślę, że powinieneś wracać do Dortmundu już jutro- powiedziałam, a on zrobił smutną minkę.
 -Chcesz się już mnie pozbyć?
 -Nie, no coś ty, po prostu martwię się o Twoje małżeństwo...
 -Nie masz się o co martwić- uśmiechnął się i objął ramieniem.
 Chyba na coraz więcej sobie pozwalał. Kiedyś nie zrobiłby tego tak po prostu. Ale prawda jest taka, że bez niego bym sobie nie poradziła. Robert jest najlepszą rzeczą, jaka mi się przytrafiła.
-------------------------------------------------------
Tak bardzo przynudzam, przepraszam ;_; To coś na początku, gdzie było dużo opisów, musiałam całe poprawić, bo czasami jak dostaję weny gdzieś o trzeciej w nocy, to mogę takie coś napisać (bo własnie zawsze mam problem, że piszę za dużo dialogów :/), ale wtedy nie zwracam uwagi na zasady ortografii i czasami sama siebie przerażam :(
A tak w ogóle jak tam  w szkole? Jakich macie nauczycieli? Haha, jestem w trzeciej gimbazie, miałam czuć się fajnie, ale w sumie jest tak samo jak rok temu xD
No dobra, z okazji rozpoczęcia roku, życzę Wam wszystkim czerwonych pasków i fajnych nauczycieli (zwłaszcza polskiego ;[ )
Pozdrawiam kochannnneeeeee!!!!!!!!!!! <3333

sobota, 24 sierpnia 2013

Rozdział 19 "Co ty sobie myślałaś!?"

 [Natalia]

 Dzisiaj nie poszłam do pracy, z racji, że miałam umówioną tą nieszczęsną wizytę u lekarza. Bałam się, że to jednak może być ciąża. I co byśmy wtedy zrobili? Wcześniej, nie pozwoliłabym Robertowi rozwieść się z żoną, ze względu na swoją córkę, ale teraz?  Gdyby ze mną też miał dziecko? I co po tym rozwodzie? Bylibyśmy razem? Nie sądzę. Kiedy okaże się, że jestem w ciąży, nie powiem mu o tym. Wyjadę do Polski. Rodzina mi pomoże. Nie chcę niszczyć Robertowi życia. Za bardzo mi na nim zależy. Miałam nadzieję, że to tylko stres.
 Jeszcze przed wizytą chciałam pojechać do Roberta. Ale przypomniało mi się o jego mamie. Czy ona musi tu być akurat wtedy, kiedy ja potrzebuję jej syna? Pojechałam więc do Vanessy. Ostatnio strasznie ją zaniedbuję, więc się nie obrazi, jeśli przyjadę. Wyszłam z mieszkania a na schodach spotkałam Mario.
 -Ty jeszcze nie w pracy?- spytał.
 -A ty nie na treningu?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
 -Właśnie zaraz wychodzę. Może cię podwieźć?
 -Yyy... Nie dzięki. Jeszcze chcę podjechać do Vanessy- odparłam.
 -Aha. No to... Do zobaczenia... Kiedyś tam?- zapytał i obdarzył mnie swoim szerokim uśmiechem.
 -Tak, kiedyś tam!
 Uśmiechnięta szłam do swojego samochodu. Było mi żal Mario. Nie mogłam mu się przyznać, że spałam z Lewandowskim. Ich relacje dopiero co się odbudowały, nie chciałam im tego psuć. Pojechałam ulicami zaspanego Dortmundu wprost do mieszkania przyjaciółki.
 -Hejka kochana, co się stało, że sobie o mnie przypomniałaś?- spytała kiedy stanęłam w drzwiach.
 -Mam... Problem- powiedziałam, kiedy weszłam do jej mieszkania.
 -Co się znowu stało?- zapytała zmartwiona.
 -Ahh... Dzisiaj mam umówioną wizytę do... Lekarza.
 -Czemu, jesteś chora?- złapała mnie za ramiona.
 -Nie... Tylko... Wczoraj, kiedy był u mnie Lewy...
 -Co ci zrobił? Uderzył cię!- przerwała mi.
 -Robert mi nic nie zrobił! Po prostu zemdlałam i on myśli, że mogę być z nim w ciąży- przy końcu zdania załamał mi się głos.
 -Kochana...- westchnęła moja przyjaciółka i mocno mnie przytuliła.
 -Powiedz mi, że to nieprawda! Ja nie mogę być z nim w ciąży! Ja nie chcę, ja...- plątałam się.- Nie mogę mu zniszczyć życia... I sobie.
 -Jeszcze nie jest nic pewne. Może to po prostu stres? Nie dołuj się. Albo wyobraziłaś sobie Lewego bez koszulki i zemdlałaś- wystawiła mi język.
 -No wiesz ty co, ty zawsze wiesz, jak mnie pocieszyć- zaśmiałam się.
 -A nawet jak będziesz z nim w ciąży, to co w tym złego? Będzie miał powód, żeby zostawić dla ciebie żonę, której i tak nie kocha, a jak nie, to lepiej wyjdziesz na alimentach, niż jakbyś całe życie pracowała!
 -Twoja materialistyczność mnie przeraża- powiedziałam cicho.- Może i będę dostawać kasę, ale dziecko wychowywać się będzie bez ojca, albo jedno, albo drugie.
 -Tobie nic nie pasuje- westchnęła.
 Spojrzałam na zegarek, który wskazywał 12:03. Na 12:20 byłam umówiona u lekarza.
 -Kochanie, ja już lecę- powiedziałam i szybko wstałam z kanapy.
 -Tylko zadzwoń, jak skończysz- odparła i pocałowała mnie w policzek na pożegnanie. Wsiadłam do samochodu i stresując się, pojechałam w stronę szpitala, w którym przyjmował mój ginekolog. W swoim gabinecie jest dopiero po piętnastej, a mi zależało, żeby szybko dowiedzieć się co mi jest.

[Robert]

  Cały dzień się denerwowałem. Nie chciałem być ojcem drugi raz. Tym bardziej nie z Natalią. Wtedy musiałbym wybierać pomiędzy nimi, a tego nie chcę. Zastanawiałem się, czy inne dziewczyny z którymi sypiałem nie były ze mną w ciąży. Ale myślę, że nie. Takie jak one od razu by mnie złapały na alimenty. Na treningu mimo natłoku myśli, byłem skupiony. Boisko to jedyne miejsce, w którym wszystkie problemy znikały. Chyba, że były tak poważne, że nie dało się o nich nie myśleć, tak jak poprzednio, kiedy Klopp pozwolił mi iść.
 Wracałem do domu. Było po siedemnastej. Nie wiedziałem, na którą Natalia była umówiona. Czekałem na ten telefon od niej jak głupi. Kiedy usłyszałem dzwonek do drzwi, odruchowo złapałem iphona i spytałem :Halo?. Dopiero potem wstałem i otworzyłem. Ness nawet nie wiadomo kiedy wpadła do mojego domu, pytając:
 -Jest u ciebie Nati?
 Spojrzałem na nią jak na wariatkę.
 -Przecież jest u lekarza- odpowiedziałem, jakby to było oczywiste.
 -Lekarza miała na dwunastą!
 Otworzyłem oczy i usta ze zdumienia. Zacząłem się poważnie o nią martwić.
 -Nie wiem gdzie ona jest- powiedziałem w miarę spokojnie.
 -To jest wszystko twoja wina! Jakbyś jej nie zaciągnął do łóżka, to nie byłaby w ciąży! Pewnie jej przypuszczenia się sprawdziły i się załamała i może coś sobie zrobiła! Ty... Ty jesteś jakiś niereformowalny no!- wrzeszczała na mnie.
 -Byłaś u niej w domu?
 -Nie nie byłam wiesz!? Bo to wcale nie było pierwsze miejsce, do którego poszłam! Teraz możesz jej sobie szukać po całym Dortmundzie, powodzenia!- krzyczała.
 -Twoimi krzykami nic nie zdziałamy- powiedziałem trochę zdenerwowany.
 -Ale ona teraz cierpi tylko dlatego, że ty jesteś jakiś niewyżyty seksualnie!
 -Odczep się w końcu! Ja też się o nią martwię!- wybuchnąłem.
 -To co robimy?- zapytała już spokojniej.
 -Pojadę jej szukać, a ty idź do jej domu. Dawała ci zapasowe klucze?- pokiwała głową.- No dobra, to idź do niej, a ja pojadę... Gdziekolwiek- oznajmiłem i wyszliśmy z mojego domu. Wsiadłem do samochodu i pojechałem przed siebie.
 Jeździłem ulicami zatłoczonego Dortmundu. Ludzie wracali z pracy, parę nastolaktów piło piwo pod sklepem... Typowy dzień. Patrzyłem wszędzie i szukałem, czy jej nie ma. Byłem już na skraju załamania. Natalia nie odbierała nawet telefonów. Byłem właśnie koło mostu. Zaparkowałem samochód gdzieś na uboczu i ukryłem twarz w dłoniach, opierając je na kierownicy. Nie miałem zielonego pojęcia co robić. Zobaczyłem kogoś stojącego koło barierki. Blondynka, w siwej czapce naciągniętej na uszy i w beżowej, puchowej kurtce. Natalia. Ucieszyłem się, nie mogłem uwierzyć, że to ona. Ale zaraz. Co ona chce zrobić!? Wysiadłem z samochodu i zacząłem biec w jej stronę.

 [Natalia]

 Diagnoza była oczywista. To mój koniec. Wyszłam od lekarza ze łzami w oczach. Szłam przed siebie. Nawet nie wiem dokąd. Nogi same mnie przyniosły na most. W sumie. Czemu nie spróbować? Po co mam żyć, to bez sensu. Stanęłam na barierkę i spojrzałam w dół. Woda musi być strasznie zimna. I jest wysoko. Bardzo wysoko. Ale co mam do stracenia? Weszłam na kolejny szczebel. Pochyliłam się. Przełożyłam nogę na drugą stronę. Aż sama się zdziwiłam, dlaczego na moście nie ma nikogo? Miałam już się puścić, kiedy ktoś złapał mnie w pasie.
 -Puść mnie idioto!- wrzasnęłam, chociaż nawet nie wiedziałam kto to.
 -Chyba coś ci się pomyliło!- krzyknął mi do ucha jakiś męski głos. Obejrzałam się. Był to Lewy. Łzy napłynęły mi do oczu. Robert jakimś cudem wyciągnął mnie stamtąd bez mojej pomocy, moje ciało było za bardzo sparaliżowane, stresem, strachem, bólem i nie wiadomo czym jeszcze. Piłkarz wziął mnie na ręce i zaniósł do samochodu, wcześniej okrywając mnie jeszcze swoją kurtką.- Zmarzłaś- zauważył, próbując przyjąć pogodną minę.
 -A ty? Zachorujesz.
 -Nic mi nie będzie- odburknął. Wsadził mnie na siedzenie pasażera, a sam usiadł za kierownicą. Siedzieliśmy w tym samochodzie, którego Lewy nie raczył odpalić. Ręce miał ściśnięte na kierownicy i wpatrywał się zdenerwowany w jakiś punkt przed sobą. Co ja mówię, zdenerwowany. Był wściekły.
 -No powiedz to w końcu. Ulżyj sobie- prowokowałam go.
 Spojrzał na mnie z politowaniem.
 -Co ty sobie myślałaś, co?- warknął.- Dlaczego chciałaś to zrobić!? Ciąża nie jest powodem do samobójstwa!- teraz już krzyczał.- Przecież wiesz, że jesteśmy w tym razem, nie zostawiłbym cię z tym samej.
 -Nie wiesz co było powodem!
 -Niby co?
 -Nie chcę na razie o tym rozmawiać- skrzyżowałam ręce i spojrzałam w okno. Lewy zaklął coś pod nosem i pojechaliśmy do mojego mieszkania.
 -Idź spakuj parę rzeczy, na razie zamieszkasz u mnie- polecił. Spojrzałam na niego jak na idiotę.- Nie zostawię cię samej, żebyś wyskoczyła a okna- odpyskował. Poddałam się i z rezygnacją poszłam do siebie, żeby się spakować. Kiedy klęczałam przed walizką, układając rzeczy rozpłakałam się. Ryczałam jak dziecko. To wszystko było dla mnie za dużo. Nie jestem tak silna psychicznie. Poczułam jak Lewy mnie przytula.
 -Ćśśśs... Wszystko będzie dobrze...- szepnął i pocałował mnie w czoło.
 -Nie będzie dobrze! Widzisz, że mam problem a ty tylko na mnie krzyczysz!
 -Już nie będę, przepraszam- odparł i znowu mnie pocałował, tym razem w policzek.
 -Robert ja... Ja umieram- wychlipiałam.
 -Nie gadaj głupot, jak umierasz?
 -Ja mam raka...- rozpłakałam się i wtuliłam mocno w jego pierś. Podniosłam wzrok na jego twarz. Malowało się na niej zaskoczenie i ból.
 -To... To nic... Załatwię ci najlepszą klinikę, w Hamburgu, albo w Berlinie, albo w Monachium, albo w ogóle w Ameryce, ale wyzdrowiejesz. Obiecuję ci- powiedział, a w jego oczach lśniły łzy.
 -Dziękuję- odparłam i znowu się w niego wtuliłam. Nie dziękowałam za klinikę, ale za obietnicę. I za to, że mu na mnie zależy. W takiej chwili najbardziej potrzebne jest wsparcie bliskich, a Robert... Bądź co bądź, był teraz dla mnie najbliższą osobą.
 -Zrobimy tak... Weźmiesz jakieś rzeczy na noc, a jutro tu wrócimy, spakujesz się i pojedziemy. Tylko muszę się dowiedzieć, gdzie jest najlepsza.
 -Dobrze- zgodziłam się. Spakowałam legginsy, jakiś t-shirt, ubranie na jutro i kosmetyki. Robert wziął moją torbę, bo zrezygnowałam z walizki i zaniósł ją do samochodu.
 Jechaliśmy w ciszy. Każde z nas, pogrążone było w swoich myślach.
 -A co z twoją mamą?- spytałam.
 -Wyjechała. Nie masz się czym przejmować- uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłam ten gest i w lepszym nastroju minęła mi reszta drogi. W jego domu jak zwykle panował porządek. Nie wiem, czy to on sam z siebie jest taki, czy to może zasługa jego mamy. Ale milej było wejść do czystego mieszkania, niż do zawalonego puszkami po piwie, jak u większości chłopaków.
 Robert przyniósł mi szklankę wody. Usiedliśmy na kanapie. Żadne z nas nie było w nastroju do rozmów. Mimo to, Lewandowski próbował jakoś zacząć rozmowę.
 -Przepraszam, że jestem taki kiepski w pocieszaniu- uśmiechnął się lekko.
 -Nic nie szkodzi- odparłam i też się uśmiechnęłam.
 -Po prostu cały czas jestem w szoku- próbował się usprawiedliwić.- Kiedy cię zobaczyłem tam... I myślałem, że nie zdążę... To były najgorsze chwile w moim życiu- spojrzał na mnie z bólem.
 -Przepraszam... Robert, co byś zrobił, jak byś nie zdążył?- zapytałam.
 -Skoczyłbym za tobą- powiedział, jakby to było oczywiste.
 -Ale... Zginąłbyś- z trudem przeszło mi to przez gardło.
 -Trudno. Dla ciebie? Warto- odparł i pocałował mnie w usta. Zaskoczyło mnie to, ale było miłe. Resztę wieczoru spędziliśmy siedząc przytuleni do siebie, po prostu rozmawiając.
_______________________________________________
Tego się nie spodziewałyście, prawda? ;) Wiem, strasznie namieszałam XD
Dziękuję kochane za wszystkie komentarze, nawet nie wiecie, jak to motywuje <3 Jesteście niezastąpione :) Dacie radę jeszcze raz tyle pod tym?
Pozdrawiam słoneczka :*

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rozdział 18 "Odwiedziny mamusi"

[Robert]

 Kiedy się obudziłem, Natalia jeszcze spała. Nie chciałem na razie jej budzić. Musiałem sobie to wszystko na spokojnie przemyśleć w samotności. Zszedłem na dół i zaparzyłem sobie kawy. Odruchowo wsypałem szczyptę kardamonu, jak to zawsze robiła Ania. Przez to organizm się nie zakwasza, czy coś takiego. Usiadłem z kubkiem gorącego napoju w dłoni i zacząłem myśleć. Nie wiedziałem co mam robić. Po tej cudownej nocy to było pewne. Kocham ją. Cholernie ją kocham. Ale nie mogę tak po prostu zostawić Ani. To znaczy, Anię to jeszcze, ale ja mam córkę! Akurat wiem, jak to jest się wychowywać w rodzinie bez ojca. Nie mogłem tego zrobić Julci. Mój ojciec nie miał wpływu na to co się stało, ale ja mam.
 Moje rozmyślania nad sensem życia przerwała Natalia, która zeszła po schodach na dół. W mojej koszulce wyglądała tak seksownie... Ach, muszę przestać o tym myśleć!
 -Hej- powiedziałem i szeroko się uśmiechnąłem. Nie chciałem dać po sobie poznać, że jestem rozdarty.- Kawy?
 -Musimy porozmawiać- odparła.
 -Błagam, nie- jęknąłem. Nienawidziłem, kiedy ktoś mi mówił, że "musimy porozmawiać".
 Westchnęła i mówiła dalej.
 -To co się stało... Nie powinno się stać...
 -Ale czemu?- zapytałem zaskoczony. Wbrew temu co mówił mój mózg, moje serce było bardzo zadowolone z tego co zrobiliśmy.
 -Robert... Ty masz rodzinę, no kurcze, otrząśnij się no! Przespałeś się ze mną, w łóżku, w którym sypiasz ze swoją żoną!- wydarła się.
 -Taki głupi to ja nie jestem... Nie poszliśmy do naszej sypialni- odpowiedziałem i uśmiechnąłem się do niej pocieszająco.
 -Robert... Mi naprawdę na tobie zależy i...
 -Naprawdę?- zapytałem zadowolony.
 -Tak, ale... Jak na przyjacielu. Nic więcej. Zrozum. A to, że kilka razy się całowaliśmy... No wiesz, jak ty działasz na... Ludzi...
 -Plączesz się w zeznaniach skarbie- nie mogłem się powstrzymać, żeby tego nie powiedzieć.
 -Nie mów tak do mnie.
 -A dlaczego? Do przyjaciół chyba można mówić skarbie, nie uważasz?
 -Może i można, ale ty nie możesz i...
 -Dobra... Dobra, zrozumiałem. Może i uważasz to za wielki błąd, ale ja muszę ci coś powiedzieć... To... Może być najtrudniejsza rzecz, jaką powiem, ale... Musisz... Wiedzieć, ja...- i w tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Westchnąłem zrezygnowany coś pod nosem i poszedłem otworzyć.- Mama!?- krzyknąłem, kiedy przed drzwiami zobaczyłem moją rodzicielkę.- A co ty tutaj robisz?
 -Cześć Robercik!- przytuliła mnie i wycałowała.- A przyjechałam odwiedzić syna, już nie mogę?- spytała.
 -A, nie, no pewnie, wchodź...- wskazałam jej mój salon. Zakląłem pod nosem i poszedłem za moją mamą. Widok, który tam zastałem był taki jak się spodziewałem. Natalka i mama stały i patrzyły na siebie ze zdziwieniem.- Mamo, to jest Natalia, eee... Moja przyjaciółka- przedstawiłem je sobie.
 -Przyjaciółka?- zapytała z powątpiewaniem moja mama.- I spała u ciebie, z powodu...?
 -Nie spała, teraz przyjechała- wypaliłem, zanim pomyślałem.
 -Przyjechała w twojej koszulce?- pytała dalej spod podniesionych brwi.
 -Emm... No dobra, spała tu, ale to nie to o czym myślisz- tłumaczyłem się.
 -To może ja pójdę się przebrać i już pójdę- zaczęła blondynka i poszła do naszej sypialni.
 -Robert, Robert, Robert... Przyznaj się, spałeś z nią- powiedziała mama.
 -Mamo błagam cię... Jesteśmy tylko przyjaciółmi, a wiesz przecież, że Ania jest dla mnie najważniejsza...- jęknąłem.
 -Robercik... Ty mi tu oczu nie mydl, nie urodziłam się wczoraj. A że nie jesteś taki najwierniejszy, to wszyscy co cię znają zdążyli się dawno przekonać.
 Spuściłem wzrok, a na mojej twarzy pojawił się grymas.
 -Ja już pójdę, do widzenia- powiedziała Natalia i skierowała się w stronę drzwi.
 -Czekaj, odprowadzę cię!- krzyknąłem i pobiegłem za nią.- Chcę ci tylko powiedzieć, że ja nie żałuję tego co się stało- wyznałem, kiedy staliśmy już przy drzwiach. Pocałowałem ją w policzek i otworzyłem drzwi.
 -Pa, Robert- szepnęła i wyszła.
 -Odwiozę cię!
 -Nie, dzięki, zamówiłam taksówkę- odparła i wsiadła do samochodu, który właśnie podjechał pod dom. Wróciłem do domu i już się bałem wykładu mojej mamy.
 -A gdzie jest Ania?- spytała krzątając się po kuchni. No pewnie, moja mama dwóch minut nie usiedzi, kiedy wokół jest bałagan.
 -Emmm... Pojechała do swojej mamy...
 -I ty się zabawiasz z jakąś inną dziewczyną, kiedy twoja żona wyjechała!?
 -Mamo, to nie tak... A z resztą jestem przecież dorosły!
 -Na razie zachowujesz się jak gówniarz! To stara matka musi się tobą zająć!- krzyczała.
 Westchnąłem. Chyba nie wiedziałem, co mam już zrobić. Byłem załamany. Wiem, co źle zrobiłem, ale nienawidzę, kiedy ktoś mi prawi kazania. Nawet moja mama. Zapowiadał się bardzo ciekawy dzień.

 [Natalia]

Sama nie wiedziałam co myśleć. Ta noc była cudowna i była spełnieniem moich najskrytszych marzeń... Było tylko jedno "ale". Nie mogłam godzić się na takie coś, on ma żonę. Nie chciałam być "tą drugą". Dlatego go okłamałam i powiedziałam, że zależy mi na nim tylko jako na przyjacielu.
 Byłam rozdarta. Musiałam wybierać pomiędzy moim szczęściem, a szczęściem małego dziecka i Ani. Wybór był niestety prosty. Prędzej wybaczę sobie, że nie postarałam się ułożyć życia tak, jak bym chciała, niż odebranie ojca i męża rodzinie.
 Najprościej byłoby się teraz załamać. Ale od wyjazdu do Polski postanowiłam, że będę bardziej odpowiedzialna i twarda. Jakiś byle Lewandowski nie zniszczy mi życia. Dlaczego ja go w ogóle musiałam spotkać? Dlaczego musiałam go bliżej poznać? Gdyby nie to, dalej żywiłabym do niego jakąś odrazę, jak to każdego piłkarza oprócz Mario. Dalej nienawidziłabym piłki nożnej, którą teraz naprawdę polubiłam.
 -Nati, co ty otwarte drzwi zostawiasz?- zapytała Vanessa, która właśnie weszła do mojego mieszkania.- Co się stało?- chyba już zauważyła moją minę. Ehh...
 -Nic... Takiego- odparłam.
 -Ej, młoda- spojrzała na mnie spod uniesionych brwi.
 -Przespałam się z Lewandowskim- powiedziałam, a ją zamurowało. Patrzyła na mnie z rozdziawioną buzią i wytrzeszczonymi oczami.
 -No brawo! Czyli jesteście razem?- spytała zadowolona.
 -Chyba żartujesz- prychnęłam.
 -Ale niby dlaczego nie? Przecież ty go kochasz, on ciebie też...
 -Że niby on mnie kocha!?- krzyknęłam.
 -No a nie? Ja ci mówię, jako osoba postronna, przecież widzę, jak on na ciebie patrzy i... Fajnie, że nie zaprzeczyłaś, że ty go kochasz- uśmiechnęła się promiennie.
 -Oj Van... Gdyby to było takie proste... On ma rodzinę...
 -Przestań już wyjeżdżać z tą rodziną! Cały czas rodzina i rodzina! On nie kocha Anki, chyba lepiej, żeby był szczęśliwy, nie?
 Westchnęłam. Na szczęście nie musiałam odpowiedzieć, bo dostałam SMS-a, którego szybko przeczytałam.
 Mogę do ciebie wpaść za godzinę? Chciałbym pogadać na spokojnie, a u mnie jest moja mama, więc -,- :)?
 Okej, pewnie- odpisałam.
 -Vaneska, nie gniewaj się, ale musisz wyjść. Robert tu będzie za godzinkę- oznajmiłam mojej przyjaciółce i uśmiechnęłam się szeroko, żeby ją udobruchać.
 -Tylko się zabezpieczcie- powiedziała wychodząc. Wywróciłam oczami i nawet tego nie skomentowałam.
 Czekałam w pustym mieszkaniu, aż pojawi się Lewandowski. Po kilkunastu minutach zapukał do moich drzwi. Oczywiście trudno mu zadzwonić dzwonkiem. Zastanawiam się, czy on go w ogóle kiedyś zauważył.
 -Hej- powiedziałam, kiedy otworzyłam mu drzwi. Lewy nie czekając na pozwolenie władował mi się do domu i usiadł na mojej kanapie, po czym jeszcze raz wstał i udał się do mojej kuchni. Zaciekawiona poszłam za nim. Nalewał sobie wódki do szklanki i wypił ją jednym duszkiem.- Ty nie przesadzasz ostatnio Lewusku z tym alkoholem?- zapytałam spod uniesionych brwi.
 -Nie, to tylko tak...- odparł. Usiadł przy stole i oparł się na ramieniu.- Wiesz, że musimy porozmawiać?
 -No chyba po to tu przyszedłeś.
 -No tak... E... Chciałem powiedzieć, że cieszę się, że to się stało. Prędzej czy później musiało do tego dojść i...
 -Robert... To się nie powinno nigdy stać!
 -Ale dlaczego? Nie możemy być szczęśliwi? Mam nieudany związek, a przecież było nam... Dobrze, co nie?
 -No tak, ale- uśmiechnął się z satysfakcją, a ja się zarumieniłam. Muszę to teraz skończyć, bo zaraz znowu mnie zaciągnie do łóżka, a ja się obawiam, że nie będę się opierać.- Lewy zrozum! Zależy mi na tobie, ale jak na przyjacielu! Jesteś dobry w łóżku, ale to nie znaczy, że możesz wykorzystywać mnie i okłamywać swoją żonę! My... To się musi skończyć. Jeśli nie umiesz mnie traktować jak przyjaciółki, to chyba nie powinniśmy się już spotykać, bo to zaszło stanowczo za daleko.
 Patrzyłam na Roberta, który z bólem wpatrywał się we mnie. Nagle zrobiło mi się ciemno przed oczami. Upadłam...

 Obudziłam się leżąc na swoim łóżku. Obok mnie siedział Lewandowski, który trzymał mnie za rękę i patrzył na moją twarz. Uśmiechnął się, widząc, że otworzyłam oczy.
 -Boże Święty... Jak się cieszę- powiedział i mocno mnie przytulił.
 -Co się stało?- spytałam zaspanym głosem.
 -Zemdlałaś... To pewnie ze stresu, albo...- ściszył głos.- Czy to możliwe, że możesz być ze mną w ciąży?
 Moje serce prawie stanęło. Strasznie się przestraszyłam. No niby możliwe, nie zabezpieczyliśmy się, nikt wtedy o tym nie myślał... Niby biorę tabletki, ale to nigdy nie jest stuprocentowe zabezpieczenie.
 -Nie... Chyba nie- odparłam słabym głosem. Robert ukrył twarz w dłoniach.
 -Powinnaś pójść do lekarza. Najlepiej jutro- stwierdził.
 -Oj Robert, na pewno to nie jest to...
 -No jak nie to, to musimy chyba się dowiedzieć, dlaczego zemdlałaś!- nalegał.
 -Sam mówiłeś, że to stres...
 -Ale chcę mieć pewność!
 Westchnęłam. Nagle przypomniał mi się ważny szczegół naszej porannej rozmowy. Chciałam się go o to zapytać od razu jak przyszedł, ale rozmowa inaczej się potoczyła, więc o tym zapomniałam.
 -Co ty mi rano chciałeś powiedzieć?- spytałam i zbiłam go z tropu. Spojrzał na mnie pytająco.- No wtedy, co chciałeś powiedzieć, że to może być najtrudniejsza rzecz, jaką powiesz...
 -Hm? Nie wiem... Nie pamiętam. To co, jak wyjdziesz od lekarza to do mnie zadzwonisz?- szybko zmienił temat. Czyli coś musiało być na rzeczy. Postanowiłam go dzisiaj nie męczyć. Dopytam go może jutro.
  -Yhym. Masz rację, to pewnie  nic ważnego.

 [Robert]

 Tsa, nic ważnego. Chciałem jej wtedy powiedzieć, że ją kocham i chciałem jej to powiedzieć też teraz, ale kiedy już nas skreśliła, nie chciałem robić z siebie idioty. Teraz i tak miałem ważniejsze sprawy. Natalia może być ze mną w ciąży. Ja wiedziałem, że jeśli przez chwilę będę szczęśliwy, to zawsze musi się coś spieprzyć! A poza tym bałem się o nią. Bo jeśli nie ciąża, to co? Może rzeczywiście stres, albo przemęczenie, ale to by było za łatwe. W moim życiu nic nigdy nie jest takie proste, więc i teraz pewnie los mnie nie oszczędzi.
 Wróciłem do domu i zastałem moją mamę rozmawiającą przez telefon. Nie zauważyła mnie i kontynuowała rozmowę.
 -Bardzo dobrze kochana, że mnie tu przysłałaś. Miałaś rację, Roberta z tą dziewczyną coś łączy... Widziałam ją dzisiaj rano u niego. Wracaj szybko Aniu, bo ja go dwadzieścia cztery godziny na dobę pilnować nie mogę- powiedziała i się rozłączyła. Byłem w szoku. Czyli przyjechała tu po to, żeby mnie szpiegować? Już nikomu z mojej rodziny nie mogę ufać. Byłem w beznadziejnej sytuacji. Za dużo problemów, jak na jeden raz.
_______________________________________
No hej ;3 Macie tu taki tam rozdział, który jest według mnie straszny O,o Liczę na komentarze moi kochani ;*Nie rozpisuję się, bo nie mam za bardzo weny do komunikowania się z ludźmi, jestem zmęczona, dopiero wstałam ;D Buziaki i do następnego ;****

środa, 14 sierpnia 2013

Rozdział 17 "Już cię nie puszczę..."

[Natalia]

 Dni mijały szybko i zwyczajnie. Robert chodził na treningi, ja do pracy. Następnego dnia, po wyjeździe swojej żony przyszedł do mnie, żeby się wyżalić. Przez cały tydzień widywaliśmy się niemal codziennie. Po pracy, jeździliśmy albo do mnie, albo do niego i siedzieliśmy, oglądając filmy, albo mecze. Nie mogliśmy wyjść do kina, czy chociażby na spacer, bo od razu jakiś wścibski paparazzi zrobiłby zdjęcie, które zatytułowałby "nowa miłość Lewandowskiego?". Męczyło mnie już to. Ale jeśli chciałam spotkać się z przyjacielem, musiałam się poświęcić. Zastanawiało mnie tylko, dlaczego, kiedy miał odpocząć, między innymi ode mnie i zastanowić się nad życiem, cały czas spotyka się ze mną.
 Zaparkowałam właśnie swój samochów w podziemnym parkingu naszej redakcji. Udałam się prosto do mojego gabinetu, uprzednio zabierając z recepcji papiery, które potrzebowałam. Po drodze zauważyłam jakąś znajomą twarz. Facet miał około pięćdziesiątki. Rozmawiał o czymś z jedną z moich nowych koleżanek z redakcji.
 Właśnie, zapomniałam dodać, że przeniosłam się do innego czasopisma. Jest to gazeta, bardziej na poziomie, niż ta poprzednia. Ludzie są milsi i oczywiście, pensja dwa razy taka, jak w poprzedniej.
 -Dobrze, Robert może się z panią spotkać w piątek o godzinie 18- powiedział mężczyzna. Już wiedziałam kto to jest! Czarek Kucharski! Minęliśmy się kiedyś w drzwiach Lewego. Ja wychodziłam, on wchodził. Słyszałam potem, jak piłkarz dostaje ochrzan, że zaniedbuje rodzinę. Tylko od kiedy takie rzeczy obchodzą menedżerów?
 Od Roberta wiedziałam, że Czarek to jeden z najbardziej bezkompromisowych osób, jakie zna. Zawsze musi postawić na swoim, a że zazwyczaj mają inne zdanie, rodzi się w tego wiele nieporozumień. Ostatnio jednak, udało mu się namówić Kucharskiego do pozostania w Dortmundzie. Nie potrafiłam wyobrazić sobie tego miejsca i mojej codzienności bez mojego Roberta. Byłoby tak szaro i nudno. Nikt by mnie nie irytował, a potem przepraszał. I nie miałabym darmowego wstępu na mecze Borussi.
 -Hej Katrin- weszłam do gabinetu koleżanki, po wyjściu z niego Kucharskiego.- Słyszałam, że rozmawiałaś z menedżerem Lewandowskiego?
 -Tak- odparła rozradowana.- W piątek przeprowadzę z nim wywiad- prawie piszczała ze szczęścia.- Tylko mam nadzieję, że będę się potrafiła przy nim zachować i nie palnę jakiejś głupoty.
 -Naprawdę tak się denerwujesz przed spotkaniem z nim? To zwykły człowiek, taki jak my- stwierdziłam z przekonaniem. Dziewczyna popatrzyła na mnie zdziwiona.
 -Serio? Normalny?- zapytała z powątpiewaniem.- On zarabia więcej w miesiącu, niż my dwie razem wzięte przez całe życie!
 -No i co to ma z czymkolwiek wspólnego?
 -Kasa zmienia człowieka, nie?
 -Jego nie zmieniła.
 -A skąd możesz o tym wiedzieć?
 -Ehh... Może to nieodpowiedzialne mówić o tym dziennikarce, ale- uśmiechnęłam się porozumiewawczo.- Przyjaźnimy się.
 -Co!? Ale... Jak... Skąd...- Katrin nie mogła uwierzyć, a mi z tego wszystkiego chciało się śmiać. Musiałam jednak zachować powagę. Nie chciałam sobie tu robić wrogów, zwłaszcza, że pracuję tu dopiero tydzień.
 -No normalnie. Jego przyjaciel mieszka obok mnie, więc często się widywaliśmy. Raz nawet byłam z nimi na meczu w Doniecku. Wiesz, dokumentacja i takie tam.
 -Jej... Ty to masz szczęście...- westchnęła.
 -No ale ty też go poznasz- pocieszałam ją.- A o czym ma być ten wywiad? Bo chyba nie o piłce nożnej?
 -No nie. Bardziej o życiu prywatnym.
 -Ale.... On nie lubi za bardzo o tym rozmawiać w mediach, zwłaszcza teraz...- zapomniałam się ugryźć w język.
 -A co się stało?- spytała zaciekawiona.
 -Nic takiego. Muszę iść do pracy- ucięłam rozmowę i udałam się do mojego gabinetu. Oparłam się na czarnym, skórzanym fotelu i zakryłam dłońmi twarz. Żeby tylko Lewy nie miał teraz przeze mnie problemów.
 [Robert]
 Na treningu cały czas myślałem nad tym, nad czym zazwyczaj nie mam czasu myśleć. Ania wyjechała. Codziennie muszę wracać do pustego domu. To dobijające. Nawet kiedy wróci, napewno nie będzie już tak jak dawniej. Musiałem się zastanowić, co tak naprawdę czuję do Natalii. Raz myślę, że ją kocham, raz że wystarczy mi tylko przyjaźń. Byłoby łatwiej, gdyby ona powiedziała jasno co czuje. Ale na co ja liczę. Ona chce się tylko przyjaźnić. Nie, żebym miał w tym jakiś problem, ale...
 Moje rozmyślania, przerwało uderzenie w twarz. Na początku myślałem, że to jakiś idiota, ale obok mnie toczyła się piłka, a to tłumaczyło samo za siebie.
 -Lewy weź się skup na treningu, co?- warknął zdenerwowany Hummels.
 Tsa, bo ty zawsze skupiony jesteś- pomyślałem. Machnąłem tylko ręką i wróciłem do poprzedniej czynności, czyli myśleniu i modleniu się, żeby tylko nikomu się nie zachciało do mnie podawać. Na szczęście w przeciwnej drużynie byli Marco i Mario, więc to ich ofensywa była aktywniejsza.
 -Robert, chodź no tu- zawołał trener. Nie mając pojęcie o co chodzi zszedłem z murawy i podszedłem do Jurgena.- Czemu jesteś taki nieobecny? Masz jakiś problem, chcesz pogadać? Tylko nie proś mnie o wolne, bo wiesz, że już za tydzie gramy znowu z Szachtarem.
 -Niech się trener nie martwi... Boisko to jedyne miejsce, w którym mogę odpocząć.
 -Tylko ty za dużo na tym boisko to nie odpoczywaj- zaśmiał się, a ja pozostałem niewzruszony.- Aż tak źle?
 -Gorzej.
 -Słyszałem, że Ania wyjechała?- potaknąłem głową.- O co się znowu pokłóciliście?
 -O... No niech się trener domyśli.
 -Natalia?- spytał, a ja potaknąłem.- To miła dziewczyna, ale musisz się zastanowić co jest dla ciebie ważniejsze. Rodzina, czy ona.
 -Ale ja się zastanawiam, ja się właśnie cały czas zastanawiam! Ale z tego zastanawiania, to tylko piłką dostaję- uśmiechnąłem się.
 -Dobra Lewy, ja cię na dzisiaj zwalniam z treningu. I tak nic z ciebie nie będzie- stwierdził.
 -Dziękuję... Chyba- odparłem i ruszyłem w stronę szatni. Kiedy byłem już gotowy do wyjścia, zadzwonił Czarek.
 -Hej, spotkajmy się u ciebie po treningu- powiedział.
 -Będę za 15 minut- rozłączyłem się i pojechałem do domu.- Co się stało?- spytałem go, kiedy stał pod drzwiami.
 -Nic, chciałem tylko powiedzieć, że w piątek udzielisz wywiadu dla jakiegoś śmiesznego pisemka... Tu masz namiary i szczegóły itp, itd...
 Cały Czarek. Zawsze ogarnięty. Usiedliśmy w salonie i popijaliśmy kawę, a ja wygooglowałem szybko tą gazetę, bo o niej nie słyszałem. Z tego co wywnioskowałem po większości okładek, była to jakaś babska gazeta.
 -Wnioskuję, że dużo nam zapłacą, jeśli się na to zgodziłeś- westchnąłem i spojrzałem z wyrzutem na Kucharskiego.
 -Całkiem sporo, ale... Podobno ciebie nie obchodzą pieniądze... A Bayern coraz więcej oferuje... Manchester United też...- powiedział i popatrzył na mnie z wyczekiwaniem.
 -Ehh... A ty cały czas o tym samym, nie?- spytałem zirytowany.
 -Byłbyś głupi, gdybyś odrzucił taką okazję. To już nawet nie chodzi o kasę, ale o to, że cię ci z Borussi nie szanują!
 -A jak myślisz, czyja to wina? Bo raczej nie moja, ja robię wszystko dobrze! Ale nie szanują ciebie, bo cały czas żebrzesz o kasę, a potem to się przekłada na mnie!
 W tym momencie usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Spojrzeliśmy po sobie, a potem mi się przypomniało, że jestem tu umówiony z Talą.
 -Jeśli mi powiesz, że to znowu ona, to...
 -Zamknij się już!- warknąłem i poszedłem otworzyć Natalii.- Cześć, wejdź- przywitałem ją i z uśmiechem na ustach.
 -Cześć... Jeśli przeszkadzam, mogę przyjść później- powiedziała patrząc na Czarka.
 -Nie, no co ty... On już sobie idzie- odparłem i spojrzałem błagalnie na Kucharskiego. Westchnął i w końcu wyszedł.- Napijesz się czegoś? Co dzisiaj robimy?
 -Nie, dzięki... Pewnie to co zawsze, obejrzymy jakiś film i tyle- odpowiedziała.
 -Wiesz co... Mam to gdzieś! Wyjdźmy z tego domu, bo już usiedzieć nie mogę! Jeśli nie mogę się widywać z innymi ludźmi niż moja żona, bo media mnie zabiją, to mam to gdzieś!
 -No... Okej, czyli gdzie pójdziemy?- spytała zadowolona.
 -Przejdźmy się do kina- zaproponowałem.
 -Haha, czyli tak czy inaczej będziemy oglądać film, tak?- zapytała i wybuchła śmiechem.
 -To co chcesz robić, hm?
 -Nie wiem, zaskocz mnie!
 Chyba miałem już plan. W mojej głowie rodził się szatański pomysł.
 -Okej, ale... Musimy najpierw gdzieś pojechać- uśmiechnąłem się.
 [Natalia]
 Siedziałam u siebie w domu, podczas gdy Robert biegał po moim mieszkaniu i szukał czegoś w mojej sypialni. Zabronił mi patrzeć co robi. Zastanawiałam się, czego szuka i po co tu przyjechaliśmy. I oczywiście gdzie mnie zabiera. Miał mnie zaskoczyć, więc trochę się martwię, co mu może wpaść do głowy.
 Po około 20 minutach wyszedł z mojej sypialni z torbą.
 -Wychodzimy? Czy wolisz jednak obejrzeć film?- zapytał.
 -Nie, no co ty?
 -Czy mi się wydaję, czy tchórzysz?- dławił się śmiechem.
 -Nie wiem poprostu, co ci może przyjść do głowy...
 -Odrazu mówię, że to nie jest nic takiego nietypowego, chociaż... W sumie sama stwierdzisz. No chodź- pociągnął mnie za rękę i poszliśmy do jego samochodu. Jechaliśmy z dziesięć minut, aż w końcu stanęliśmy przed jakimś budynkiem. Nigdy tu nie byłam, więc nie wiem co to. Lewy się tylko tajemniczo uśmiechał. Nie jestem pewna, czy nie chce mnie zabić.
 Wyszliśmy i skierowaliśmy się do drzwi budynku. Lewy, jak to on, otworzył mi je i przepuścił w drzwiach. Lewy "wepchnął" mnie do szatni i kazał się ubrać w to, co wziął ode mnie z domu. Wyjęłam sportowe ciuchy z torby. Zastanawiałam się, co szykuje. Ubrałam się, związałam na wszelki wypadek włosy w wysoki kucyk i wyszłam drugimi drzwiami, które prowadziły na salę. To co tam zobaczyłam mnie zaskoczyło, nie powiem... Robert zabrał mnie na...
 -Ścianka wspinaczkowa, serio?- zapytałam z politowaniem.
 -No, ale nie spodziewałaś się, że cię tu zabiorę, no nie?- odpowiedział pytaniem na pytanie uśmiechając się przy tym z satysfakcją.
 -Ty jednak jesteś głupi- wybuchliśmy śmiechem.- To co mam robić?- spytałam znowu.
 -Poczekaj- powiedział i zawołał instruktora, który przypiął mnie do jakiś linek, a Robert zrobił to sam. Powiedzieli mi krok po kroku co mam robić, jak widać dla piłkarza nie był to pierwszy raz. Na początku się bałam, ale potem zrozumiałam, że nie było czego. Wchodziło się dość łatwo. Może i nie było to wchodzenie po górach, czy po czymś podobnym, ale adrenalina była. Kiedy Robertowi, który jak dotąd stał na dole i mi się przypatrywał się znudziło, postanowiliśmy ścigać się na górę.
 Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że też może się coś stać, tak jak na tej bramce i znowu będę sobie wyrzucać, że dałam się namówić Lewemu na coś głupiego. Ale co tu się mogło stać. Byliśmy przypięci. Jak to powiedział Robert "zabezpieczeni" z czego potem śmiał się z dziesięć minut.
 Ani się obejrzałam, a Lewandowski już czekał na mnie na samym szczycie, kiedy ja byłam dopiero w połowie.
 -Nienawidzę cię!- krzyknęłam z dołu i wystawiłam mu język.
 -Też cię kocham!- odparł. Wiem, że to było tylko tak... Żeby odpowiedzieć, ale miło mi się zrobiło i mimowolnie się uśmiechnęłam.
 -Mógłbyś chociaż pozwolić dziewczynie wygrać, a nie! Taki niekulturalny jesteś!
 -Ja? Niekulturalny?- udawał oburzenie. Zszedł do mnie i powiedział- Teraz proszę, będziesz przede mną!
 Wywróciłam oczami i zaczęłam wchodzić na górę. Posiedzieliśmy, albo raczej postaliśmy tam przytrzymując się ściany rozmawiając, aż w końcu nam się znudziło i postanowiliśmy zejść. Kiedy dzieliło mnie z dwa metry do podłogi, a Lewy był już na ziemii, mądra Przybylska musiała się poślizgnąć i spaść. A Robert nie byłby sobą, gdyby mnie nie złapał. Trzymał mnie w swoich ramionach i patrzył w oczy. Mogłabym tak spędzić wieczność.
 -Teraz już cię nie puszczę- szepnął i delikatnie się uśmiechnął. Zaczął przybliżać swoją twarz do mojej, cały czas nie spuszczając wzroku z moich oczu. W końcu poczułam jego usta na swoich. Odwzajemniałam pocałunek z taką samą pasją i namiętnością.- Pojedźmy do mnie- wyszeptał między pocałunkami. Zgodziłam się i szybko, nawet się nie przebierając, wzięliśmy tylko torby i znaleźliśmy się w samochodzie. Robert trzymał mnie za rękę przez całą drogę i spoglądał na mnie z łobuzerskim uśmiechem. Oboje chyba nie mogliśmy już wytrzymać i chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się w domu.
 Zajechaliśmy przed dom, brunet wjechał samochodem do garażu (samochód zawsze najważniejszy) i szybko weszliśmy do domu Lewandowskich. Stanęłam na środku salonu i za bardzo nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Na szczęście on wiedział. Szybko zamknął moje otwarte usta w namiętnym pocałunku i szybko zaczęliśmy pozbywać się części swojej garderoby. Przycisnął mnie do ściany i całował moje ramiona, zsuwając przy okazji ramiączka od stanika.
 -Nie tu- wyszeptał i zaniósł mnie do sypialni. Po drodze cały czas się całowaliśmy. Położył mnie na łóżko i siebie obok. Całował każdy milimetr mojego ciała, jakby chciał się go nauczyć na pamięć. Kiedy już ściągnął ze mnie wszystko, co było do ściągnięcia, spojrzał na mnie pytająco.
 -Jestem twoja- wyszeptałam mu do ust. I wtedy to się stało.
________________________________________
Macie kolejny <3 W końcu się doczekałyście, hehe :) Zostawiam do Waszej oceny ;*
Pozdrawiam Was kochane.... <33333333

piątek, 9 sierpnia 2013

Rozdział 16 "Powrót do domu i ciche dni"

 [Natalia]

 Minął tydzień od mojego wyjazdu do Polski. Musiałam wracać. W końcu praca, obowiązki...
 Z jednej strony było mi głupio, że tak wszystkich zostawiłam i nawet im nie powiedziałam, że wyjeżdżam. Z drugiej natomiast, musiałam w końcu pomyśleć o sobie, bo z ciągle zamartwiając się tylko i wyłącznie o innych to oszaleć można.
 Piotrek, Zibi, Igła i Iwona zawieźli mnie na lotnisko. Oczywiście moja siostra wraz ze swoim mężem, przez cały czas truli mi głowę, żebym mieszkała u nich, a nie u Nowakowskiego, jednak wolałam spędzić ten czas z przyjacielem.
 Pożegnałam się ze wszystkimi i wsiadłam do samolotu. Będę za nimi tęsknić, jednak nawet tydzień, po dwóch miesiącach rozłąki, to mało. Zaczynam poważnie zastanawiać się, nad przeprowadzką do Polski... W Niemczech nic oprócz Ness mnie nie trzyma... Własnie, Ness! Zrobiło mi się głupio, że ją olewałam, tylko dlatego, że miałam dość Roberta. Chociaż od niego odebrałam...
 To jego "przepraszam" takie ciche, takie z uczuciem, w niczym nie przypominało mi faceta, który próbował zaciągnąć mnie do łóżka, pomimo że jego żona była za ścianą. Przypominało raczej chłopaka, który pocałował mnie pod fontanną, albo złapał za rękę w restauracji... Może naprawdę coś do niego dotarło i chce się zmienić? Tsa... Faceci nigdy się nie zmieniają.
 Aktor z niego dobry, z resztą pokazuje to na boisku. Miałam tylko nadzieję, że za szybko na niego nie wpadnę.
 Zaraz po wejściu do domu, zadzwoniłam do Vanessy. Zaczęłam ją przepraszać, ale ona się rozłączyła. W sumie jej się nie dziwię. Zachowałam się wobec niej strasznie. Poszłam pod prysznic, a potem zaczęłam się rozpakowywać.
 Usłyszałam dzwonek do drzwi, więc niechętnie poszłam otworzyć.
 -Nessi!- krzyknęłam i przytuliłam przyjaciółkę.
 -Masz mi nigdy więcej tego nie robić!- powiedziała stanowczo, ale odwzajemniła uścisk.- Wiesz jak się martwiłam!?
 -Wiem, przepraszam, ja... Potrzebowałam wyjechać, przemyśleć to wszystko...
 -To wszystko, czyli co?- dopytywała się. Właśnie, przecież ona nic nie wiedziała o moim rzekomym "romansie'' z Lewym...
 -Słuchaj... W Doniecku, ja i Robert.... Się...
 -Serio!?- wrzasnęła nie dając mi dokończyć.
 -Nie! Całowaliśmy się, ale pewnie zaszlibyśmy dalej, gdyby nie Marco i Mario...
 -No ja pieprzę no...
 -No dokładnie!
 -Ale nie! Chodzi o to, że ci cholernie zazdroszczę!- jęknęła.
 -Że co? Czego mi zazdrościsz? Tego, że rozwalam ludziom życie?
 -Nie, no ale... No kurcze, Lewy i Gotze zrobiliby wszystko, żeby z tobą być, a ja co? Nawet koleś z McDonalda się na mnie nie spojrzy- burknęła.
 -Bo wie, że za wysoka liga jesteś dla niego- odparłam i złapałam ją za ramię.
 -Ten twój Gotze to cały czas przeżywał i chodził jakiś w depresji- powiedziała i spojrzała na mnie z wyrzutem. Po raz kolejny musiałam się przed sobą przyznać, że zachowałam się strasznie.
 -A skąd wiesz? Poznałaś Gotzego?- zaczęłam zadawać pytania, żeby odwrócić uwagę od siebie.
 -Nie, ale Lewy mówił.
 -Gadałaś z nim!?- teraz to ja spojrzałam na nią z wyrzutem.
 -No tak- odparła cicho i spojrzała na mnie zdziwiona.
 -A o czym?
 -A takie tam... Nie powinnam w sumie o tym mówić.
 -Zartujesz!?- wydarłam się.- Tylko mi nie mów, że stało się to o czym myślę!? Czy ty jesteś niepoważna!? On cię wykorzysta i wróci do żonki z podkulonym ogonkiem! Nie spotykaj się z nim, nie rozmawiaj i w ogóle najlepiej na niego nie patrz i nie myśl i... Słuchaj, ja wiem, jaki jest Robert i, naprawdę on jest nic niewartym dupkiem...- robiłam jej wykład, jakby była małym dzieckiem.
 Reakcja mojej przyjaciółki mnie zaskoczyła, bo zaczęła się zanosić śmiechem.
 -Ty myślisz że on... Że ja... Że co!?- pytała cały czas się śmiejąc.
 -To niby po co się spotykaliście?
 -Spotkaliśmy się raz, a w sumie to wpadliśmy na siebie pod twoimi drzwiami. I miałam ci nie mówić o tym, że on... No martwił się o ciebie. Gotzemu coś nagadał, że to go nie obchodzi, bo pokłócił się z Anką i musiał na kimś odreagować, a biedy Mario był w pobliżu i... No jakoś już nie mógł się wycofać.
 -On się o mnie martwił?
 -Błagam, widziałam go i ten jego wzrok, taki smutny i zdezorientowany...
 -Coś mi się w to nie chce wierzyć- odparłam.
 -Dobra młoda, jak sobie chcesz, ja już będę szła- powiedziała i pocałowała mnie na pożegnanie w policzek. Posłała mi jeszcze uśmiech i wyszła z mojego mieszkania. Teraz powinnam iść przeprosić Gotzego. Ach, cały dzień zejdzie mi na przepraszanie moich obrażonych przyjaciół. Zebrałam się w sobie i wyszłam z mieszkania. Jeszcze przez chwilę stałam przed drzwiami Mario, ale w końcu zapukałam.
 W progu już po kilku sekundach pojawił się piłkarz.
 -Hej Mario... Mogę wejść?- zapytałam cicho.
 -Wchodź- odpowiedział po dłuższym namyśle. Raczej nie był zadowolony z mojego przybycia. Unikał mojego wzroku. Wskazał mi miejsce na kanapie, nic przy tym nie mówiąc. Usiadłam i czekałam, aż brunet wróci z kuchni z dwoma szklankami wody.-Więc?- spytał.
 -Mario ja... Nie wiem od czego zacząć- westchnęłam i przeczesałam włosy palcami.- Przepraszam- wydukałam w końcu.
 -Aha. Fajnie. To wszystko?
 -No tak, ale... W sumie nie...- plątałam się.
 Chłopak patrzył na mnie znudzony z założonymi rękami.
 -To jak? Wybaczysz mi?- nie odpowiadał.- Ej, no Mario... Naprawdę mi głupio, że tak wyjechałam i nic ci nie powiedziałam! Nie wiedziałam, że się będziesz aż tak martwił...
 -Nie wiedziałaś?- warknął.- Dziewczyno ja ze strachu umierałem! Nikt nie wiedział co się z tobą dzieje, myślałem, że sobie coś zrobiłaś, czy coś... Nie wiedziałem czy jeszcze wrócisz! Tak trudno było odebrać telefon!?- krzyczał.
 -Chciałam się od wszystkich odciąć...
 -Dlaczego każesz wszystkich za to, że Lewy jest idiotą?- zapytał z pretensją.
 Nie wiedziałam co na to odpowiedzieć, więc milczałam i patrzyłam się w szklankę wody.
 -Chyba już pójdę- mruknęłam widząc, że Mario najwyraźniej nie ma zamiaru się ze mną godzić.
 -Nie, zaczekaj- krzyknął. Odwróciłam się i spojrzałam na niego zdziwiona.- Wiesz jak się martwiłem?- spytał, ale w jego twarzy i głosie nie było już złości, nawet lekko się uśmiechał.
 -Mario...- jęknęłam i wtuliłam się w niego.
 Siedzieliśmy jeszcze u niego do wieczora, ale w końcu musiałam się zbierać. Wyszłam od przyjaciela szczęśliwa, że go odzyskałam.

 [Robert]
 Od kilku dni czuję się strasznie. Nikt ze mną nie gada, oprócz może Nuriego, a Marco i Mario to nawet nie chcą na mnie patrzeć, a na treningach omijają mnie szerokim łukiem. Niby nikogo poza moimi najbliższymi przyjaciółmi nie obchodzi, co się ze mną dzieje, ale pierwszy dzień po kłótni z Gotze, nieźle dałem wszystkim w kość. Ania też zamienia ze mną słowa kiedy musi. Jestem tak zdołowany, że czasami mi się wszystkiego odechciewa.
 Siedziałem właśnie ze szklanką whiskey w kuchni i patrzyłem za okno, gdyż salon był okupowany przez moją żonę. Zapadł już zmrok, więc nikt raczej nie widział, że uważnie monitoruję wszystko, co się dzieje na dworze. Niczym babcie w blokach, całodobowy monitoring.
 Wstałem właśnie odłożyć szklankę do zmywarki, kiedy zadzwonił mój telefon. Spojrzałem właśnie na wyświetlacz i prawie upuściłem szklankę.
 -Mario?- spytałem zdezorientowany, bo nie miałem pojęcia, czego on może ode mnie chcieć. Przecież się do mnie nie odzywa!
 -Tak. Chciałem ci tylko powiedzieć, że Tala wróciła, więc chyba powinieneś ją przeprosić, czy coś...
 -Naprawdę? O Boże, dzięki Mario!- powiedziałem uradowany.
 -Nie ma sprawy...- odparł mój przyjaciel i chyba się lekko uśmiechnął, ale niestety nie mogłem tego zobaczyć.
 Mario rozłączył się, a ja od razu wstałem i wyszedłem z kuchni.
 -Kochanie, wychodzę- rzuciłem, ale niestety nie było mi dane wyjść w spokoju.
 -Dokąd!? O tej porze!?- warknęła moja kochana żona.
 -Emm... No, wiesz... No...- plątałem się.
 -Do Natalii?!
 -W sumie to tak- odparłem i wyszedłem.
 Nie mogłem się doczekać spotkania z Natalią. W sumie zastanawiałem się, co jej powiem. Trochę się nawet denerwowałem. Postanowiłem jeszcze nawet gdzieś pojechać...

 [Natalia]
 Usłyszałam dzwonek do drzwi. Kto to może być, o tej porze? Gotzemu się nudzi, czy jak?
 Przed moim mieszkaniem stał Lewandowski z bukietem czerwonych róż i rytmicznie uderzał nogą o podłogę. Uśmiechnęłam się na jego widok, ale zaraz potem zganiłam się w myślach i przybierając chłodną postawę otworzyłam brunetowi drzwi. Podniósł na mnie wzrok i otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale potem z tego zrezygnował.
 -Mogę wejść?- spytał.
 -Wchodź- wskazałam mu ruchem ręki moje mieszkanie. Przypomniało mi się dzisiejsze spotkanie z Gotze, on zachowywał się tak samo jak ja teraz.
 -Przyszedłem cię przeprosić. Wiem, pewnie teraz masz mnie za skończonego idiotę i nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego, ale... Wybacz mi- powiedział jednym ciągiem i spojrzał na mnie smutnym wzrokiem.- A i to dla ciebie- przypomniało mu się o kwiatach, które mi wręczył. Mimowolnie się uśmiechnęłam i spuściłam wzrok.
 -Masz rację, nie miałam za bardzo ochoty cię widzieć...- wyznałam, a on posmutniał jeszcze bardziej.- Ale dobrze, że chociaż zrozumiałeś, co źle zrobiłeś- dodałam, żeby jakoś go pocieszyć. Nie udało mi się, bo tylko spojrzał na mnie zawiedziony, a jego twarz wykrzywił grymas.
 -Nawet nie wiesz, jak żałuję tego co zrobiłem...- westchnął.- To znaczy, nie zrozum mnie źle! Nie żałuję, że cię pocałowałem, ale wolałbym to zrobić w bardziej sprzyjających okolicznościach... I mogłem się powstrzymać z tymi aluzjami u mnie w domu- dodał. Staliśmy przez chwilę w milczeniu, bo z tego wszystkiego nie powiedziałam mu nawet, żeby usiadł.- Czasami żałuję, że mam żonę- powiedział po dłuższej chwili milczenia. Zszokowało mnie to, co powiedział i zastanawiałam się, czy to tylko tak pod wpływem chwili, czy naprawdę tak myśli.- Myślę, że za szybko się ustatkowałem- ciągnął dalej.- Już w wieku siedemnastu lat, musiałem się zaopiekować rodziną po śmierci ojca i nie miałem kiedy się wyszaleć. Potem poznałem Anię, zakochałem się w niej... Ale dopiero po ślubie zaczęło mi odbijać. Zacząłem pić, szlajać się po klubach, sypiać z laskami... Myślę, że gdybym zabrał się za to wcześniej, to teraz mógłbym spokojnie zakładać rodzinę i być odpowiedzialny, ale ja tak kurwa nie potrafię!- załamał się i usiadł na mojej kanapie.- Teraz mamy ciche dni, a jak się już do siebie odezwiemy, to nic, tylko wynikają z tego kłótnie. Mam już tego wszystkiego dosyć...
 -Czyli co chcesz zrobić? Rozwieźć się?- prychnęłam.
 -Nie... Nie mogę, mam małe dziecko!
 -Ale ty jeszcze kochasz tą Ankę, czy nie?- spytałam i spojrzałam mu w oczy.
 -Nnie... Nie wiem... Chyba nie- odparł smutno.
 -Nie myśl sobie, że namawiam cię do rozwodu, bo coś do ciebie mam, ale dlaczego chcesz tkwić w nieszczęśliwym związku?
 -Może się jeszcze kiedyś ułoży- odpowiedział jakoś bez przekonania.- Ja naprawdę strasznie kocham małą.
 -Nie musisz się przede mną usprawiedliwiać.
 -Przepraszam- odparł szybko.
 -Ale za co?
 -Może po prostu potrzebuję się komuś wygadać... A jesteś dla mnie najbliższą osobą. Z chłopakami nie da się pogadać. Bo albo powiedzą, żebym "zlał na to", albo zaczną mnie umoralniać i krytykować, jak Marco. A ty mnie wysłuchasz.
 Uśmiechnęłam się i zarumieniłam. Zrobiło mi się miło, że przynajmniej umie mnie docenić.
 -Będę już spadał... Grr, znowu będzie mi żonka kazanie prawić, gdzie ja się szlajam po nocach- jęknął, ale potem zaczął się śmiać. Nie wiedziałam o co mu chodzi, ale też mi się udzieliło. Jego śmiech był strasznie zaraźliwy.
 -Wiesz, że jak chcesz możesz zostać- zaproponowałam, dalej się śmiejąc.
 -Tak, wtedy to już by mnie nawet po rzeczy nie wpuściła- odparł.
 -No, to chyba rzeczywiście musisz iść- udałam smutek.
 -Chyba tak... To cześć- pożegnał się, posłał mi ten swój szeroki uśmiech i opuścił mój dom.
 Nie wiem czemu, ale byłam tak szczęśliwa, że chciałam krzyczeć i skakać po całym mieszkaniu. Bardzo cieszyłam się, że pogodziłam się z Lewym. Uświadomiłam sobie, jak mi go brakowało. W wyśmienitym nastroju poszłam w końcu się wyspać.

 [Robert]
 Cieszyłem się ze spotkania z Natalią. Cieszyłem się nawet z tego, co jej powiedziałem. Gdyby nie Ania, pewnie starałbym się o nią. Chciałbym z nią być. Teraz to do mnie dotarło. Była inna niż Ania. Przede wszystkim była spokojniejsza, umiała mnie wysłuchać i nie narzucała mi swojego zdania, tylko próbowała zrozumieć moje, nawet jeśli się z nim nie zgadzała.
 Już się nawet nie denerwowałem przed przyjazdem do domu. Przyzwyczaiłem się, że Ania o wszystko się czepia. Kiedyś tak nie było. Dopiero od jakiegoś czasu, atmosfera w domu stała się nie do zniesienia.
 Wjechałem samochodem do garażu i najchętniej przesiedziałbym tam całą noc, ale brunetka otworzyła drzwi i wpadła do mojego "azylu". Nawet tu nie można mieć spokoju.
 -Dobrze się bawiłeś?- warknęła, ale na końcu załamał jej się głos. I momentalnie cała moja złość na nią zniknęła. Zrobiło mi się jej żal. W każdym małżeństwie zdarzają się kryzysy, a ja od razu spisałem nas na straty. Taki już jestem, mam słaby charakter, a widok płaczącej kobiety jest dla mnie straszny. Zwłaszcza, jeśli płacze przeze mnie.
 Ania patrzyła na mnie smutnym wzrokiem, a po policzkach spływały jej łzy. Podszedłem do niej i chciałem ją przytulić, ale się ode mnie odsunęła.
 -Wyjeżdżam- powiedziała.
 -Co?
 -Pojedziemy z Julką do mojej mamy- wyjaśniła.
 -Dziecko też chcesz mi zabrać?!
 -Robert, pomyśl... Nie miałbyś czasu się nią zająć... Tak będzie... Lepiej.
 -Kiedy wrócisz?
 -Kiedy w końcu się zastanowisz, czy chcesz być ze mną czy z nią!- krzyknęła i pobiegła po walizki.
 -Proszę, zostań...- jęknąłem i oparłem swoją głowę o jej ramię, obejmując ją od tyłu w talii. Czułem, że zachowuję się znowu jak idiota. Najpierw narzekałem, że mam żonę, a teraz chcę, żeby została?
 -Nie... Musisz wszystko przemyśleć. Musimy.
 Bez słowa wziąłem jej walizkę i zaniosłem do jej samochodu.
 -Zaczekaj, przyniosę Julkę- powiedziałem słabym głosem i poszedłem po moją córkę. Wziąłem ją na ręce i mocno przytuliłem.- Pojedziesz z mamusią do babci, dobrze?
 -Dobze. A cemu ty nie jedzies?- zapytała.
 -Bo... Muszę zostać w pracy, wiesz? Pojedziesz z mamusią.- Julcia posmutniała.- Ale musisz być grzeczna, to jak wrócisz, to tatuś z tobą pogra w piłę, chcesz?
 -Taaaak!- krzyknęła. Uśmiechnąłem się i wsadziłem do fotelika na tylnym siedzeniu BMW mojej żony. Wsiadłem obok niej i pojechaliśmy na lotnisko.
 -Jak ty w ogóle tak szybko zabukowałaś bilety?
 -Zrobiłam to już dawno- westchnęła. Zajechaliśmy na lotnisko. Dziewczyny poszły na  odprawę, a ja musiałem wrócić do pustego domu.
____________________________________________
No hejka :D Zostawiam Wam do ocenki taki tam straszny rozdział, wiem, niełatwe przed Wami zadanie :)
Wiem, że są wakacje, ale liczyłabym na trochę więcej komentarzy ... ;*
Dzisiaj się już nie będę rozpisywać, pozdrawiam Was miśki <333333333333333333